gdyby ktoś komuś coś, to niby nic, ale zawsze

Wpisy z tagiem "foto"

Ja pierniczę, ty pierniczysz, oni pierniczą

Ostatnia seria zdjęć z majówki. W sobotę odwiedziliśmy Toruń. W Toruniu odbywał się akurat zlot Mercedesów. Poniżej zdjęcie najstarszego i jedynego wartego uwagi samochodu. Rocznik 1926. Załogi chyba była młodsza. W ogóle to mało było tych mercedesów a ich kierowcy przeważnie nie mieli włosów, przeważnie nie mieli szyi i przeważnie za dużo czasu spędzali na solarium i siłowni.

Tutaj nasi gospodarze: Ania i Paweł

Ania pod Krzywą Wieżą

Ściana cytatów z „Rejsu”. Gdzieniegdzie cytaty współczesne np. „Ratunku! Niemcy mnie biją”

Wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię, polskie wydało go plemię

Dziewczyny wracają z łowów z Orsay’a

Zachęcam do zapoznania się z resztą materiału fotograficznego.

Po drodze

Po drodze, w Radzyniu Chełmskim, mieliśmy zamek. Prawdziwy krzyżacki zamek z XIV wieku. W zasadzie to ruiny zamku. Prawdziwe ruiny. Jak prawie wszystkie zabytki w Polsce był wielokrotnie niszczony, podpalany, rozbierany a potem odbudowywany. Jak się dowiedzieliśmy od miłych tambylców, po rozwaleniu zamku przez Szwedów, następnego rozwalenia dokonali oczywiście Rosjanie podczas II Wojny Światowej. Potem ktoś wpadł na błyskotliwy pomysł, aby z ruin zamku w Radzyniu wziąć cegły na odbudowę zamku w Malborku a następnie na odbudowę starówki w Warszawie. Dzięki bogu komunizm nie trafił do Egiptu, bo inaczej kamienie z piramid i Sfinksa można byłoby znaleźć w ściankach działowych kairskich domów mieszkalnych.
Ania miała chęć i zrobiła kilkaset zdjęć. Oto próbka:







Reszta tutaj. Zamkiem opiekują się bardzo mili młodzi ludzie należący do bractwa rycerskiego.

Buszujący w rzepaku

Jak co roku, na majowy weekend, pojechaliśmy tam, gdzie nikt nie jeździ. Dzięki temu oszczędzamy godziny na powrót do domu, bo zwykle jedziemy w przeciwnym kierunku co wszyscy. Tym razem byliśmy w odwiedzinach u koleżanki Ani – Ani. Tak się składa, że prawie wszystkie koleżanki Ani to Anie. To bardzo upraszcza sprawę ;)
Ania mieszka w Kiełpinach pod Brodnicą a jej mąż Paweł ma hektary. Na hektarach rośnie pszenica ozima i rzepak. Rzepak wygląda cudownie o tej porze roku, chociaż Paweł mówi, że cudowna to jest woda z Lichenia. Wszystkie poniższe fotki zrobiła Ania. Moja Ania.




Na zdjęciach poniżej Prezes zwany również Ciapunem. Młody Bernardyn, który uwielbia łapać ludzi za ręce, jednocześnie nieświadomy siły z jaką gryzie i ilości śliny jaką wydziela ;-)


PS Więcej zdjęć tradycyjnie tutaj

Gąski gąski do domu

Dwa lata temu, krótko po tym, jak przeprowadziłem się do Trójmiasta, wybrałem się na spacer rowerem. Pojechałem do Jelitkowa i napotkałem to oto stadko gęsi zwanych berniklami kanadyjskimi.



Zdziwiony byłem, bo takie gęsi to widziałem tylko na filmach przyrodniczych. Wczoraj błądząc po okolicach stawów w Jelitkowie i na Żabiance znowu trafiłem na rzeczone gęsi. Tym razem bez młodych.



Tu gęsi wkurzyły się na lądujące obok gołębie.


Skąd kanadyjskie gęsi w Polsce? Wikipedia ma odpowiedź na wszystko: „W Europie hodowana w parkach i ogrodach jako ptak ozdobny”. Szkoda. Myślałem żetak sobie przyleciały znad Cieśniny Beringa…

PS Pod hasłem „Ptaki Polski” w Wikipedii znajdziecie też flaminga. Tak tak, tego różowego, jak w czołówce Miami Vice. To nie żart.

PSS Więcej fotek tutaj

Wiosna w pełni

W parku oliwskim zakwitły magnolie. Piękne…





Alarm odwołany

Dwa największe wydarzenia w Trójmieście podczas minionego weekendu to derby Arka Gdynia vs. Lechia Gdańsk i wizyta mojej kochanej mamusi. Mamusi towarzyszyła ciocia Danusia. Meczowi towarzyszyły znaczne siły i środki Policji oraz śmigłowiec. Mecz zakończył się zwycięstwem a wizyta zakończyła się wyjazdem. Alarm odwołany. Poniżej dwie fotki autorstwa Ani.

Mamusia i ja

Piramida sopocka

Trzy kadry z kolejnej rolki filmu.

Ona

On

Rodzeństwo

Futro

Wiosna nadejszła…

… a na blogu stare posty. Niedługo Wielki Post się kończy a na blogu nawet małego postu nie ma, posta.

Tymczasem będąc na spacerze, małżonka szczeliła fotkę przyrodniczą, z której wynika, że połowa kaczki odleciała a kaczor nie kuma.

W całości fotograficznie













Narzekanie – definicja

Specjalnie na prośbę Ludu, który codziennie sprawdza, czy na blogu są jakieś nowości i sprawdza na próżno, publikuję poniższy wpis.

Czy pisałem już kiedyś, że ja zawsze robię rzeczy z pewnym opóźnieniem? Właśnie na dniach, tych masakrycznie dołujących wczesno przedwiosennych dniach, zeskanowałem i obrobiłem slajdy z podróży poślubnej i późniejsze – polska złota jesień w parku oliwskim. Wyszły pięknie. Soczyste żółcie i czerwienie liści, chłodny błękit nieba. Tylko jak tu teraz pokazywać zdjęcia jesieni skoro już za moment przyjdzie wiosna ze świeżą paletą kolorów? Może jeszcze zdążę.

Wracając do tematu, naukowe rozważania o narzekaniu wypadałoby rozpocząć od naukowej definicji tematu. Za Słownikiem Języka Polskiego:

narzekać
«mówić o czymś z niezadowoleniem»

marudzić
1. pot. «robić coś bardzo powoli»
2. pot. «zwlekać z czymś»
3. pot. «narzekać lub grymasić»
4. pot. «prosić o coś, naprzykrzając się»
5. pot. «mówić o czymś nudno, rozwlekle»

Znaczenia 1 i 2 słowa „marudzić” nie dotyczą czynności werbalnych, więc odrzucam te definicje a priori, jako że badania dotyczą narzekania jako środka wyrazu.
Znaczenie nr 4 kojarzy mi się z czasami dzieciństwa, kiedy to można było godzinami „marudzić” rodzicom, aby coś nam dali czy kupili. Marudzenie w tym znaczeniu jest czynnością aktywną, mającą określony cel, jest dążeniem do osiągnięcia tego celu – zamęczanie rodziców słowami „mamo, kup mi tego resoraka” przynosiło zazwyczaj skutek. To znaczenie różnie się znacznie od pozostałych, gdyż zawiera w sobie ów pierwiastek aktywności. Potraktujmy je jako wyjątek od reguły. Reguła zaś jest taka:

Marudzenie lub narzekanie to taki sposób wyrażania negatywnych opinii o otaczającym świecie i faktach, za którym nie podążają żadne podświadome lub świadome zamierzenia zmiany negatywnego stanu rzeczy.

Podważając tą tezę argumentem „przecież nie na wszystko człowiek ma wpływ” proponuję zapoznanie się z przepięknym w swej prostocie powiedzeniem:

Nie przejmuj się sprawami, na które nie masz wpływu

Wkrótce napiszę nieco o narzekaniu jako zjawisku kulturowym przejawiającym się zwłaszcza w literaturze i filmie. Zachęcam do komentowania i do wzięcia udziału w ankiecie (po prawej).

Na dobranoc, jeszcze dwie fotografie. Skan ze slajdu Velvia 50, materiału, który na dzień dobry daje piękne wysycone kolory.

Klasztor św. Katarzyny del Sasso nad jeziorem Maggiore, Włochy

Włoska sztuka parkowania. Sacro Monte di Varese

Fotografie jednokomórkowe

Kultura masowa

Made in … ?

Zawody wymierają, tylko pióra są wieczne

Akcja „Zarybianie”

Z przyczyn ode mnie zależnych zmuszony jestem korzystać od niedawna z pseudo-szybkiej kolejki miejskiej zwanej potocznie SKM (eskaemką). Więc korzystam sobie systematycznie – dwa razy dziennie. Jadąc czas mi się niemiłosiernie dłuży. Przeczytałem już wszystkie ogłoszenia i plakaty na ścianach, zapoznałem się z wywieszonym regulaminem przewozów oraz instrukcją p-poż. Dopiero niedawno wpadłem na pomysł, że porozrzucane wszędzie ulotki, na które nikt nie zwraca uwagi pozamieniam w coś, na co, jak sądzę, ktoś uwagę zwróci. Proszę bardzo:

Przed
Po
2009-02-24
2009-02-25
2009-02-27
2009-03-02
2009-03-03
2009-03-04

Akcja „Zarybianie” trwa nadal.

We can belive in change

Podążając za hasłem wyborczym Baracka Obamy, pierwszego czarnego afroamerykańskiego prezydenta USA, dokonaliśmy zmiany. Zmiana jest iście pokoleniową zmianą. Oto wysłużony osiemnastoletni Opel Vectra znany w środowisku jako opelek-dupelek odchodzi na emeryturę.

Ania i jej Miś

Miś, jak go w chwilach czułości nazywała Ania, przyszedł do nas w drodze spadku po moim dziadku wiosną 2006. Jako wiekowy samochód, prawie codziennie odkrywał przed nami coraz to nowe dźwięki – skrzypienia, brzęczenia i stukania. Spisywał się dzielnie, ani razu nie zawiódł w trudnych sytuacjach. Wiele przeszedł i wiele przejechał

Oberwanie chmury w centralnej Polsce

Pęknięta opona. Pomimo uszkodzenia nie zeszło z niej powietrze.

177777 km przejechane. My przejechaliśmy nim ponad 40 tysięcy kilometrów.

Shit happens!

Ania prowadzi.

Miejsce Opla zajmie teraz młoda, narowista Japonka – Toyota Corolla. Kojota ma cztery lata i daje się nam powoli poznawać. Jej dizelek jest bardzo oszczędny i wydaje sympatyczny pomruk. Najbardziej lubię, gdy wskazówka obrotomierza przekracza 1800 obr./min. i słychać jak włącza się turbina. Pyszności!

Przekazanie pałeczki.

Mamy nadzieję, że Kojota utrzyma wysokie standardy niezawodności ustanowione przez poprzednika i bezpiecznie dowiezie nas w odwiedziny do Was, gdziekolwiek jesteście. No może z wyjątkiem Bożeny, która mieszka w USA.

Ciemniak

Ponad pół roku temu zacząłem fotografować metodą tradycyjną. Czarno-biała klisza, analogowy aparat, samodzielne wywoływanie filmu. Sprzęt podarowali mi dobrzy koledzy – Kuba i Piotr. Trochę rzeczy trzeba było dokupić. Pierwsze rezultaty mogliście zobaczyć tutaj.

Po tysiącach zdjęć pykniętych ot tak sobie cyfrówką, przesiadka na kliszę sprawiła, że ręka drżała mi przy każdym ujęciu. Tu nie ma karty o pojemności 300 zdjęć, z której kiepskie fotki można skasować jednym przyciskiem. Jest za to niewybaczająca klisza, 36 klatek, która na dodatek kosztuje.

Co mnie w tym fascynuje? Owa namacalność, o której napisałem w poprzednim poście. Robiąc tysiące cyfrowych zdjęć, trzymamy je przeważnie na dyskach komputerów lub płytach CD/DVD. Rzadko spotyka się osoby, które robią odbitki z cyfrowych zdjęć i trzymają je w albumach. Cyfrowe fotografie, tak naprawdę, fizycznie, nie istnieją.

Fotografowanie na kliszy to frajda. Samodzielne wywoływanie czarno-białych negatywów to mokra robota. Prawdziwa jazda zaczyna się przy odbitkach w ciemni ;-) Przedstawiam Wam foto-story o mojej ciemnej stronie fotografii.

Командир танки!

Do kapitana armii czerwonej przybiega żołnierz i melduje:
– Kamandir! Tanki!

– Dzierżyj granaty! Razgramic tanki!
Żołnierz wziął granaty i pobiegł w kierunku wroga. Po chwili wraca.
– I kak? Rozgromił tanki?

– Da
– Oddawaj granaty

XVII Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Sopocie był bardzo zmilitaryzowany. Za symboliczną opłatę do puszki można było przejechać się czołgiem. Taki czołg pali jak prawdziwy czołg – 400 litrów ropy na godzinę.



Na polowej kuchni zwyczajowo – czajnik i Red Bull
Gdyby Polacy w 1939 mieli Red Bulla, to może dziś zastanawialibyśmy się
nad zniesieniem wiz dla Amerykanów.
Uwaga nadchodzi! Koma trzy!




Mini-łódź prawie-podwodna
UAZy w malowaniu sraczkowo-groszkowym i marchewkowym
Look Ma! A mortar!
Fotografia na wyższym poziomie
Co by tu wsadzić…
Chlebak, jak mówi nazwa, służy do przenoszenia granatów

Zawsze w służbie WOŚP!

Straż Ogniowa sięga wysoko
Pan Jaro puszcza gaz w rurę

Graffiti

Jeśli chodzi o poprzedni post. Nie, to nie squatersi. To foto-szopa. Tych dwóch wesołych panów pożyczyłem sobie z tego zdjęcia wykonanego gdzieś na opłotkach Łęczycy.

Ciasne ale własne (prawie)

Dziś odwiedziliśmy plac budowy. Po wdrapaniu się marmurowymi ;-) schodami na V piętro oczom ich ukazał się…



Studio – podejście drugie

Kolejne foty ze studia. Liczę na liczne bałwochwalcze komentarze. Dziękuję.







Na koniec tandetna przeróbka w fotoszopie.

Ania w trzech odsłonach

W ostatni poniedziałek zrobiliśmy sobie z małżonką sesję zdjęciową w studio. Nie byliśmy z niej zadowoleni. Jednak z pomocą fotoszopy dało się coś uzyskać. Enjoy.



Liść

Stolyca

Kilka fotek z wypadu do Stolycy. Całość galerii tutaj.

Najsłynniejszy polski gruźlik

Latająca wiewiórka

Bilety wyprzedane

Kolejny dzień w Genui. Katarina poszła do pracy a my, jak na turystów przystało, błąkaliśmy się z wywieszonymi jęzorami po mieście.

Na początek poszliśmy do Market Orientale. To taka hala targowa, gdzie można kupić każdy rodzaj sera (pod warunkiem, że jest to parmezan), każdy rodzaj wędliny (pod warunkiem, że jest to prosciutto), kwiaty cukinii, suszone pomidory i inne dziwaczne warzywa. Największe wrażenie zrobiły na mnie owoce morza. Niektóre tak świeże, że jeszcze się ruszały. Ośmioramienne, w skorupach, w muszlach. Wszystkie śmierdzące. Pyszności.


Zajrzeliśmy do genueńskiego akwarium. Ania zobaczyła swoje ulubione delfiny. A mogła nie zobaczyć, bo jak głosił napis na tabliczce obok zbiornika – był on połączony z innym, niewidocznym dla widzów zbiornikiem. Decyzja, w którym zbiorniku będą pływać delfiny zostawiono im samym. Niektóre zbiorniki zamieszkiwały stworzenia, które na pierwszy rzut oka wyglądały jak ekspozycja stała. Ani to wachluje płetwami, ani porusza skrzelami, leży tylko i patrzy.

Szułf

Ekspozycja stała

Miłe popołudnie spędziliśmy w Porto Antico, czyli starym porcie. W zasadzie ciągle się kręciliśmy wokół tej okolicy. Obok jest dziwaczne Bigo, trochę dalej akwarium. Porto Antico przerobiono na port jachtowy. Trochę jak w Gdańsku, tylko jachty trochę większe. Tak ze dwa razy większe. Nasze jachty jeszcze długo nie wyprzedzą ich jachtów.


Do mieszkania Katariny wracaliśmy miejskim autobusem. Bilety chcieliśmy kupić u kierowcy, ale ten oznajmił, że kilka przystanków wcześniej wsiadła jakaś wycieczka i wykupiła wszystkie bilety. Pan stojący obok kierowcy powiedział, że te kilka przystanków możemy pojechać bez biletów. Wiedział co mówi – był kontrolerem.

Bigo

W niedzielę opuściliśmy gościnną Isprę. GPS poprosiliśmy ładnie o drogę do Genui. W tym pięknym mieście mieszka nasza koleżanka jeszcze z czasów olsztyńskich – Katarina Ericson. Katarina jest niezwykle barwną postacią. Jest pół Angielką, pół Szwedką. Wychowała się na Trynidad i Tobago na Karaibach a studiowała w Anglii. W Olsztynie mieszkała przez jakiś czas i pracowała w szkole językowej. Tam poznała się z Anią. Klimat jednak jej nie rozpieszczał, dlatego wybrała bardziej słoneczne miejsce. W Genui mieszka już trzy lata i także naucza języka language.


Z Ispry do Genui prowadzi autostrada, z której widać morze śródziemne. Potem odbija się trochę w głąb lądu i wjeżdża się w dolinę. Na jej drugim końcu, nad brzegiem morza wznosi się Genua. Miasto jest wciśnięte w tę dolinę i tę ciasnotę czuć w mieście. Budynki stoją jeden obok drugiego, szczególnie na starym mieście. Na ulicach jest ciasno, dużo samochodów i jeszcze więcej skuterów. Bardzo trudno znaleźć miejsce do parkowania.


Każda, najwęższa nawet, uliczka jest nazwana i oznaczona. „Via” to ulica, „Vico” to zaułek. Jest jest „Vicolo” czyli zaułeczek. W niektórych jaśniej jest wieczorem i w nocy, kiedy są oświetlone, niż w dzień.


Po przyjeździe do Katariny ruszyliśmy na nadmorski bulwar a potem na stare miasto. Nad morzem niespodzianka – prawie wszystkie plaże w Genui są prywatne i za wejście trzeba zapłacić kilkanaście euro.


Na starym mieście doznaliśmy niewielkiego szoku natury architektonicznej. Sześciopiętrowe kamienice budowane dwa metry jedna od drugiej. Na sporej części ulic dopuszczony jest tylko ruch pieszy. Pomimo bliskości budynków z każdej strony kamienica ma okna. Do większości podczas całego dnia nie dochodzi światło słoneczne. Pomimo to, wszystkie okna zaopatrzone są w okiennice. W ogóle okiennice we Włoszech to standard.


Jako że było popołudnie trudno było znaleźć jakąś otwartą restaurację czy bar. Katarina, która zna nie jeden lokal w Genui, zaprowadziła nas do baru, gdzie po zamówieniu drinka można za darmo i wielokrotnie korzystać ze stołu szwedzkiego pełnego dobrych rzeczy do jedzenia.

Ciekawostką jest, jak powiedziała na Katarina, że genueńczycy nie przyznają się do Krzysztofa Kolumba. Owszem w XVI wieku było w Genui kilka rodzin z tym nazwiskiem, ale w spisach wybitnych i ważnych mieszkańców Genui z tego okresu nie ma wzmianki o Krzysztofie. Po dziś dzień stoi Dom Kolumba, ale jakiegoś innego. Stoi pomnik TEGO Kolumba, ale jakiś taki nieokazały. A w ogóle to Amerykę odkryli Chińczycy.

Jeśli chodzi o tytuł posta, to pod nazwą Bigo kryje się to coś.


Na tym najdłuższym ramieniu zamontowana jest winda. Poza tą funkcją nie ma to kompletnie żadnego praktycznego zastosowania. No może jeszcze jedno – jeśli ktoś się umawia z kimś na spotkanie w Genui, to właśnie przy Bigo. Tak samo jak w Gdańsku przy Locie, w Warszawie przy okrąglaku, w Olsztynie przy Wysokiej Bramie i w Mławie przy muzycznej.

Scuzi, due cappuccini, prego

Nazajutrz wczesnym rankiem obudziliśmy się około południa. Przekazaliśmy gospodarzom zamówione przez nich towary z ojczyzny. Dla Ewy trzy paczki kaszy gryczanej i wrześniowy numer „Zwierciadła”. Dla Oskara komiks i książki do kolorowania. Dla Pawła sześciopak „Żywca”. Oskar widząc obcych ludzi mówiących po polsku zaczął mówić i praktycznie nie przestał do naszego wyjazdu w niedzielę. Milkł czasem na chwilę, gdy Paweł dawał mu talerzyk z parmezanem. Co za burżujstwo.

Przy śniadaniu Paweł i Ewa podzielili się z nami kilkoma pożytecznymi spostrzeżeniami o Włochach:

  • Najgorsza kawa we Włoszech jest lepsza od każdej kawy w Polsce. Potwierdzamy. Można wypić smakowite espresso za 1€ bez dodatku cukru i zdziwić się, że nie jest kwaśne.
  • Pizza – jak wyżej. Jedliśmy jedną i była ok. Paweł podejrzewa, że Włosi używają do pizzy Mozarelli zamiast zwykłego żółtego sera.
  • Włoszki – bez względu na wiek ubierają się jak nastolatki. Bardzo zadbane. Przeważnie ładne. Mi się bardzo podoba Monica Belluci, ale zapodziałem gdzieś jej telefon.
  • Autostrady – tanie. Kilka Euro za ok. 50 km. Na trzypasmowej autostradzie wszyscy jadą środkiem, wyprzedzają po lewej, prawy pas jest dla ciężarówek i leszczy. Leszczem nikt nie chce być, więc prawy pas pozostaje pusty, podczas gdy ludzie tłoczą się na środkowym i lewym.
  • Herbata jest mało popularna, więc Paweł chcąc kupić zwykły czajnik musiał pojechać do sklepu IKEA w Szwajcarii.
  • Sjesta – jeśli nie zdążysz zjeść czegoś w restauracji do 14:00 to zjesz dopiero po 19:00. Skrajnym przypadkiem jest poczta, która najczęściej działa tylko do 14:00.

Przy śniadaniu nasunęły się jeszcze obserwacje dotyczące jedzenia. Sery i wędliny krojone są w cieniusieńkie plasterki i ogólnie śmierdzą. Kondrat ma rację – nasza kiełbasa już dawno przegoniła ich kiełbasę. Dotyczy to zwłaszcza różnorodności wędlin. Oprócz szynki prosciutto i salami innych nie widzieliśmy. Ogólnie jedzenie jest pyszne. Zakochałem się w Mozarelli i pomidorach z bazylią.

Śniadanie zjedzone – ruszamy zwiedzić okolicę. Paweł polecił nam dwa klasztory Santa Maria del Monte i Eremo di Santa Caterina del sasso Leggiuno. Santa Maria del Monte położone jest na wzgórzu i leży w granicach miasteczka Varese, przez które przejeżdżaliśmy poprzedniej nocy. Jazda przez niespełna dwumetrowej szerokości uliczkach bardzo przypadła do gustu Ani. Paweł opowiadał, że jak przez Varese jedzie autobus z dziećmy do szkoły, to najczęściej kończy się to wezwaniem policji, która tamuje ruch i puszcza autobus.

O samym Santa Maria del Monte najlepiej opowiedzą fotografie w większości wykonane przez Anię.


Następny punkt programu to Eremo di Santa Caterina del sasso Leggiuno. Klasztor zbudowany na klifie schodzącym do jeziora Maggiore. Klasztor widoczny jest tylko z wody. Idąc od strony lądu trzeba zejść po schodach na dół klifu. Na dole zdążyliśmy zrobić kilka zdjęć przed wejściem po czym pani z muzeum nauczyła nas nowego słowa po włosku: „chiuso”, czyli „zamknięte”. Spoko, szkoda, że tabliczka z godziną zamknięcia nie wisi 150 stopni wyżej, przed zejściem na dół. Wracamy do Ispry.


Kolację zjedliśmy w clubhouse. Tak nazywa się klubo-kawiarnia dla pracowników i rodzin JCR. Trafiliśmy na jakieś spotkanie ludzi w wieku naszych rodziców. Wszystkie stoliki zajęte, DJ zapodaje muzę – U2 i Coldplay zmiksowany do rytmu cha-cha. Klimat jak z wieczorków zapoznawczych na stołówkach ośrodków wypoczynkowych FWP. Jak powiedział nam Paweł, we Włoszech bardzo popularne są, jak to ujął „tańce synchroniczne”. Chwilę potem zobaczyliśmy to na żywo. Chodzi o grupowy taniec, czasem prosty jak Macarena, czasem bardziej skomplikowany. Najciekawsze jest to, że bez względu na płeć i wiek, wszyscy tańczący dokładnie znają kroki, sekwencje obrotów, wiedzą kiedy przyklasnąć a kiedy przytupnąć. Ania chciała zatańczyć, ale się nie dałem. Ja nawet Macarenę tańczę pokracznie.