gdyby ktoś komuś coś, to niby nic, ale zawsze

Click!
Click!
Click!
Click!
Click!

Cisza, spokój, heavy metal…

Właśnie otworzyliśmy sezon balkonowy. Ania z kubkiem naparu rumiankowego, ja z kuflem Świeżego piwa i kot z futrem. Wieczór, siedzimy na fotelach ogrodowych kupionych w Obim po taniości. Ania zapaliła świeczki, kot zaczął polować na muchy a ja korzystając z dobrodziejstwa sieci bezprzewodowej spisałem się dla przyszłości Polski przez Internet. Sielanka…

A w tle, niczym cykanie świerszczy na łące, unosi się heavy metal, bo w pobliskiej szkole lub klubie osiedlowym od dwóch dni trwa jakiś festiwal czy coś. Taki urok miejskiej okolicy. Nawet mi to już specjalnie nie przeszkadza. A już niebawem rozpoczną się juwenalia. W Gdańsku aż trzy – Medykalia, Technikalia i Neptunalia. Więc mały heavy metalowy koncercik jest w sam raz jako wprawka przed „fekaliami”, jak to wdzięcznie przekręcił wyraz „juwenalia” kolega z pracy.

Oj, stary już jestem, stetryczały i zrzędliwy ;)

Słoneczny mural

Jak wiadomo Zaspa słynie z murali. Dziś wracając z pracy akurat miałem przy sobie aparat i akurat się jeden taki mural sam namalował.

„Czemu niosę aparat?” że tak zacytuję tekst piosenki kabaretu Łowcy. B. Bo we firmie robimy porządki i dokumentowałem ich przebieg. Oto ile niepotrzebnych rzeczy potrafi zmagazynować prawie setka inżynierów.

Tak gdzieś we wnętrzu tej góry znajduje się pojemnik przewidziany na śmieci.

Czasami rzeczy dzieją się same

Dla przykładu idąc dzisiaj ulicą Chlebnicką wstąpiliśmy na chwilę przy okazji do pana Marka Mazura. Coś tam kiedyś o nim czytałem, że robi ciekawe rzeczy i ma lokal na Chlebnickiej. W chwili gdy znaleźliśmy się w środku pustego pomieszczenie dopadła mnie amnezja wsteczna i nie pamiętając z czego słynie właściciel, jedyne co mogłem z siebie wykrztusić to coś jak „Więc to jest muzeum czy galeria?”. Gospodarz pośpieszył z wyjaśnieniem, że to nie jest ani galeria ani muzeum tylko ekspozycja jego prac, czyli miniaturowych aparatów fotograficznych. Surrealizmu sytuacji dodaje fakt, że eksponaty znajdują się obecnie gdzieś na Florydzie. Staliśmy więc w pustym pomieszczeniu i rozmawialiśmy z nieznajomym facetem o aparatach fotograficznych umieszczonych w zapalniczkach, pierścionkach i zegarkach. Ponieważ pan Marek jest konstruktorem jedynego w swoim rodzaju obiektywu wykonanego z drewna i bursztynu, Ania dostąpiła zaszczytu bycia sfotografowaną owym unikalnym obiektywem.

Przypominam, że stoimy w pustym pomieszczeniu i rozmawiamy z facetem konstruującym bursztynowe obiektywy i tradycyjne aparaty chowane w broszkach i wiecznych piórach. Z drugiego pomieszczenia wychodzi mężczyzna, którego twarz wydaje się znajoma. Zaczyna rozmawiać z nami o winach Beaujolais. Opowiada jak to pracował przed laty gdzieś w winiarni we Francji.

Jak wychodziliśmy Ania uświadomiła mi, że ten drugi mężczyzna to Michał Juszczakiewicz, aktor, znany bardziej jako prowadzący program „Od przedszkola do Opola”.

Po prostu rzeczy dzieją się czasami same.

PS Strona pana Marka Mazura – Retro Kamera.

Czarny łabądź

Wiadomo, film oskarowy, piękna Natalka w roli głównej, po prostu trzeba obejrzeć. Zazwyczaj staram się przed obejrzeniem filmu przeczytać o nim trochę recenzji, obejrzeć zwiastuny, popytać ludzi, którzy już dany film widzieli i co o nim sądzą. Recenzjami jak najbardziej się przejmuję, ale zazwyczaj im bardziej zniechęcająca recenzja tym bardziej podoba mi się film. Zachwyty nad ahtystycznym kinem Allena czy braci Cohen są mi obce. No po prostu mam swój prymitywny gust i już.

W przypadku filmu „Czarny łabędź” było inaczej. Wiedziałem mniej więcej o czym ten film jest, że balet, że baletnica i tajemnica. Nie czytałem recenzji, nie obejrzałem zwiastunów, nie pytałem ludzi.

Efekt? Re-we-la-cja. Dawno nie widziałem filmu, który sprawia, że z wrażenia czy z obrzydzenia czy po prostu z emocji wiercę się na fotelu. W zasadzie film jest o tyle wartościowy, że po jego obejrzeniu nie musisz już wydawać pieniędzy na bilet na balet „Jezioro łabędzie”. Dla mnie osobiście dochodzi dodatkowa potencjalna oszczędność, bo w przypadku narodzin córki nie grożą jej zajęcia z baletu. Krav maga przy balecie to pikuś.

Podsumowując, film polecam, baletu nie polecam, literówka w tytule postu celowa.

Małe Ś

Otóż stało się. Będę ojcem.

W takich sytuacjach ważna jest kolejność dowiadywania się. Więc najpierw matka. Choć w naszym przypadku matka trochę przyspała i dowiedziała się pod koniec drugiego miesiąca. Potem ojciec, romantycznie, na spacerze po tej części Sopotu, którą Ania nazywa „swoją bajką”. I tu zaskoczenie. Zawsze myślałem, że na wieść taką radosną będę skakał do góry i wrzeszczał i w ogóle zareaguje bardzo emocjonalnie, co z resztą jest do mnie nie podobne. A ja po prostu się ucieszyłem z wewnętrznym przekonaniem, że ta chwila i tak musiała kiedyś nastąpić. Ania postanowiła, że powiadomimy naszych rodziców dopiero po badaniu, które wypadło  25 stycznia. Szkoda, bo to parę dni po Dniach Babci i Dziadka. Będąc przy okazji w cukierni 21 stycznia zobaczyliśmy małe torty z napisami „Dla Dziadka” i „Dla Babci”. Postanowiliśmy podarować im podobne i w ten sposób oznajmić im radosną nowinę.

Badanie potwierdziło przypuszczenia. Jako następni dowiedzieli się nasi znajomi. Parę dni później pojechaliśmy do rodziców, którzy jak dotąd nie doczekali wnucząt. Rodzice Ani przeczytawszy napis na torcie z miejsca pojęli wagę sytuacji. Z moimi było śmieszniej. Pojawiliśmy się u nich krótko przed północą, mama już bardzo śpiąca. Otworzyła pudło z tortem, przeczytała bez okularów napis i oznajmiła, że ten tort „trafił pod zły adres”. Dopiero po długiej chwili dotarło jednak, że adres jest właściwy. Po rodzicach dowiedziało się nasze rodzeństwo.

Jak się czuję jako przyszły ojciec? Czy Ania ma zachcianki i humory? Chłopiec czy dziewczynka?

Na razie czuje się jak przyszły ojciec. Staram się zachować stoicki spokój, nie dać się zwariować, nie czytać o toksoplazmozach, kwasach foliowych, depresji poporodowej. Ciąża wydaje mi się tak naturalnym stanem, że nie wymaga wysoko specjalistycznej wiedzy. Czasami wiedza zamiast zaspokajać obawy, rodzi nowe. Będzie dobrze.

Ania czuje się dobrze, ma humory i zachcianki. Humory z resztą miała odkąd ją znam. Zachcianki też. No może trochę się jej odmieniło w kilku kwestiach, ale to szczegóły – Ania, nie obraź się :-)

Kilka niezależnych ośrodków badań czyli teściowie i koleżanki, wydało werdykt, że będzie to dziewczynka. Ania, która nigdy nie chciała dziewczynki, teraz twierdzi, że woli dziewczynkę. Babcie prognozują dziewczynkę, dziadkowie chłopca. Ja raczej się nie wypowiadam, ale i tak przylepiono mi łatkę z napisem „Jestem facetem – chcę chłopa”, sam nie wiem czemu.  My chyba poczekamy z dowiadywaniem się o płci aż do momentu narodzin. Po co sobie psuć największą niespodziankę jaką dała nam natura? Co do dziecka mam tylko jedno życzenie – żeby urodziło się zdrowe.

Poniżej obraz z USG.

Nie ma cwaniaka na warszawiaka

K+M+B = Christus mansionem benedicat

W tym roku po raz pierwszy po wojnie obchodzimy Święto Trzech Króli. Przypuszczam, że większość z nas mogła być lekko zdezorientowana. No bo co tu właściwie świętować. Ci co wcześniej świętowali ten dzień idąc do kościoła, teraz też tak robią. Chrześcijanie obrządków wschodnich mają dzień wolnego przed świętem Bożego Narodzenia, które wypada 7 stycznia. Reszta tak nie bardzo wie co i po co.

Ja postanowiłem ten dzień uczcić jak każdy inny dzień wolny od pracy – porannym spaniem aż do wyspania. Niestety, sąsiad z mieszkania cztery piętra pod naszym postanowił inaczej. Postanowił od 8:00 wiercić otwory w ścianach oraz walić młotkiem.

Przypomniała mi się opowieść o pewnym księdzu z wiejskiej parafii, który widząc chłopów pracujących w polu w niedzielę, powiadał: „A te skurwisyny znowu w niedzielę robią!”.

Po co Polakom święta? Doprawdy nie wiem. Chyba jednak nie potrafimy świętować. Nie potrafimy nie iść na zakupy w niedzielę. Zamiast spaceru wolimy galerie i to tylko te handlowe. Z resztą ja po ostatniej wizycie w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie więcej do galerii nie pójdę.
Nie marudźmy więc, że Polska jest postrzegana w świecie za biedny robotniczy kraj. Przecież my nie potrafimy nic więcej jak pracować.

Ostatnia prosta

Dwa lata temu rozpoczęła się akcja zbierania 1% podatku na sfinansowanie zakupu schodołaza dla Artura. Nie omieszkałem napisać o tym na blogu – „Wrotkarz”. Nikt nie mówił, że będzie „letko”. Okazało się, że płacimy bardzo małe podatki a 1% z małego to jeszcze mniej, więc akcja miała powtórkę rok później. O tym też napisałem – „W tym roku na drugą nóżkę”. Miało być tak pięknie…

Tym razem Artur obiecał, że to już po raz ostatni. Zostało niewiele. Przed nami ostatnia prosta.

Bardzo proszę wszystkich o przekazanie 1% procenta podatku na rzecz Artura, żeby nie zawracał mi już gitary i żeby w 2011 mógł już pośmigać wymarzoną furą ;) W tym celu należy

  1. W części: WNIOSEK O PRZEKAZANIE 1% PODATKU NALEŻNEGO NA RZECZ ORGANIZACJI POŻYTKU PUBLICZNEGO (OPP) podać wysokość deklarowanej wpłaty, która nie może przekroczyć kwoty odpowiadającej 1% podatku należnego.
  2. Podać nazwę: Fundacja Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „Ratownik Górniczy” i numer wpisu do Krajowego Rejestru Sądowego KRS: 0000270272.
  3. W następnej części INFORMACJE UZUPEŁNIAJĄCE należy wpisać w rubryce cel szczegółowy 1%: dla Artura.

Artur, jak w tym roku uzbieramy, to chyba będziesz musiał tym pojazdem na Jasną Górę pojechać z pielgrzymką.

Bambaryła

Długie zimowe wieczory. Kanapa, pogaduszki na fejsie i kawa Inka. I kot. 8 kilo żywca w futrze. Mau!

This is so cool!