gdyby ktoś komuś coś, to niby nic, ale zawsze

Wpisy z kattegorii "Bez kategorii"

Małe Ś

Otóż stało się. Będę ojcem.

W takich sytuacjach ważna jest kolejność dowiadywania się. Więc najpierw matka. Choć w naszym przypadku matka trochę przyspała i dowiedziała się pod koniec drugiego miesiąca. Potem ojciec, romantycznie, na spacerze po tej części Sopotu, którą Ania nazywa „swoją bajką”. I tu zaskoczenie. Zawsze myślałem, że na wieść taką radosną będę skakał do góry i wrzeszczał i w ogóle zareaguje bardzo emocjonalnie, co z resztą jest do mnie nie podobne. A ja po prostu się ucieszyłem z wewnętrznym przekonaniem, że ta chwila i tak musiała kiedyś nastąpić. Ania postanowiła, że powiadomimy naszych rodziców dopiero po badaniu, które wypadło  25 stycznia. Szkoda, bo to parę dni po Dniach Babci i Dziadka. Będąc przy okazji w cukierni 21 stycznia zobaczyliśmy małe torty z napisami „Dla Dziadka” i „Dla Babci”. Postanowiliśmy podarować im podobne i w ten sposób oznajmić im radosną nowinę.

Badanie potwierdziło przypuszczenia. Jako następni dowiedzieli się nasi znajomi. Parę dni później pojechaliśmy do rodziców, którzy jak dotąd nie doczekali wnucząt. Rodzice Ani przeczytawszy napis na torcie z miejsca pojęli wagę sytuacji. Z moimi było śmieszniej. Pojawiliśmy się u nich krótko przed północą, mama już bardzo śpiąca. Otworzyła pudło z tortem, przeczytała bez okularów napis i oznajmiła, że ten tort „trafił pod zły adres”. Dopiero po długiej chwili dotarło jednak, że adres jest właściwy. Po rodzicach dowiedziało się nasze rodzeństwo.

Jak się czuję jako przyszły ojciec? Czy Ania ma zachcianki i humory? Chłopiec czy dziewczynka?

Na razie czuje się jak przyszły ojciec. Staram się zachować stoicki spokój, nie dać się zwariować, nie czytać o toksoplazmozach, kwasach foliowych, depresji poporodowej. Ciąża wydaje mi się tak naturalnym stanem, że nie wymaga wysoko specjalistycznej wiedzy. Czasami wiedza zamiast zaspokajać obawy, rodzi nowe. Będzie dobrze.

Ania czuje się dobrze, ma humory i zachcianki. Humory z resztą miała odkąd ją znam. Zachcianki też. No może trochę się jej odmieniło w kilku kwestiach, ale to szczegóły – Ania, nie obraź się :-)

Kilka niezależnych ośrodków badań czyli teściowie i koleżanki, wydało werdykt, że będzie to dziewczynka. Ania, która nigdy nie chciała dziewczynki, teraz twierdzi, że woli dziewczynkę. Babcie prognozują dziewczynkę, dziadkowie chłopca. Ja raczej się nie wypowiadam, ale i tak przylepiono mi łatkę z napisem „Jestem facetem – chcę chłopa”, sam nie wiem czemu.  My chyba poczekamy z dowiadywaniem się o płci aż do momentu narodzin. Po co sobie psuć największą niespodziankę jaką dała nam natura? Co do dziecka mam tylko jedno życzenie – żeby urodziło się zdrowe.

Poniżej obraz z USG.

Nie ma cwaniaka na warszawiaka

K+M+B = Christus mansionem benedicat

W tym roku po raz pierwszy po wojnie obchodzimy Święto Trzech Króli. Przypuszczam, że większość z nas mogła być lekko zdezorientowana. No bo co tu właściwie świętować. Ci co wcześniej świętowali ten dzień idąc do kościoła, teraz też tak robią. Chrześcijanie obrządków wschodnich mają dzień wolnego przed świętem Bożego Narodzenia, które wypada 7 stycznia. Reszta tak nie bardzo wie co i po co.

Ja postanowiłem ten dzień uczcić jak każdy inny dzień wolny od pracy – porannym spaniem aż do wyspania. Niestety, sąsiad z mieszkania cztery piętra pod naszym postanowił inaczej. Postanowił od 8:00 wiercić otwory w ścianach oraz walić młotkiem.

Przypomniała mi się opowieść o pewnym księdzu z wiejskiej parafii, który widząc chłopów pracujących w polu w niedzielę, powiadał: „A te skurwisyny znowu w niedzielę robią!”.

Po co Polakom święta? Doprawdy nie wiem. Chyba jednak nie potrafimy świętować. Nie potrafimy nie iść na zakupy w niedzielę. Zamiast spaceru wolimy galerie i to tylko te handlowe. Z resztą ja po ostatniej wizycie w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie więcej do galerii nie pójdę.
Nie marudźmy więc, że Polska jest postrzegana w świecie za biedny robotniczy kraj. Przecież my nie potrafimy nic więcej jak pracować.

Ostatnia prosta

Dwa lata temu rozpoczęła się akcja zbierania 1% podatku na sfinansowanie zakupu schodołaza dla Artura. Nie omieszkałem napisać o tym na blogu – „Wrotkarz”. Nikt nie mówił, że będzie „letko”. Okazało się, że płacimy bardzo małe podatki a 1% z małego to jeszcze mniej, więc akcja miała powtórkę rok później. O tym też napisałem – „W tym roku na drugą nóżkę”. Miało być tak pięknie…

Tym razem Artur obiecał, że to już po raz ostatni. Zostało niewiele. Przed nami ostatnia prosta.

Bardzo proszę wszystkich o przekazanie 1% procenta podatku na rzecz Artura, żeby nie zawracał mi już gitary i żeby w 2011 mógł już pośmigać wymarzoną furą ;) W tym celu należy

  1. W części: WNIOSEK O PRZEKAZANIE 1% PODATKU NALEŻNEGO NA RZECZ ORGANIZACJI POŻYTKU PUBLICZNEGO (OPP) podać wysokość deklarowanej wpłaty, która nie może przekroczyć kwoty odpowiadającej 1% podatku należnego.
  2. Podać nazwę: Fundacja Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „Ratownik Górniczy” i numer wpisu do Krajowego Rejestru Sądowego KRS: 0000270272.
  3. W następnej części INFORMACJE UZUPEŁNIAJĄCE należy wpisać w rubryce cel szczegółowy 1%: dla Artura.

Artur, jak w tym roku uzbieramy, to chyba będziesz musiał tym pojazdem na Jasną Górę pojechać z pielgrzymką.

Bambaryła

Długie zimowe wieczory. Kanapa, pogaduszki na fejsie i kawa Inka. I kot. 8 kilo żywca w futrze. Mau!

This is so cool!

Ciekawy artykuł o „nieciekawym” temacie

Czyli „Pogrzeb za pół ceny” w Dużym Formacie.

Najbardziej zaciekawił mnie fragment o ludziach, którzy chcą aby po ich śmierci nie zostało po nich cokolwiek – nawet tabliczka z imieniem i nazwiskiem. Żeby nie było niczego, jak mawia mistrz Kononowicz.

You have been exposed to terrible drama

Filmik z czasów, kiedy nie było jeszcze google i youtube’a a mój komputer ledwie odtwarzał MP3.


Żyraf …

… Toro, Torkil, Rodion, Żywia, Esmee – co to jest?

Pomyśl, pomyśl. Potem zajrzyj tu, przeczytaj co to jest i zjedź na sam dół strony.

Masakra

O politykach

Można od razu oglądnąć od 3 minuty.

Jaro hakier

Ostatnio dostałem od dobrych ludzi z Łodzi zdjęcia sprzed paru lat, na których jawię się jako rasowy haker. Zarost na twarzy, sweterek w paski, żywi się chipsami i pije piwo Donner. Wpatrzony w cyferki na ekranie monitora ratuje godzinami cały cyfrowy dobytek biednych profanów.

Szkoda, że nic wtedy nie wskórałem, ale jaki podziw wzbudziłem wśród gawiedzi ;)

Teoria rozbitych okien

Wczoraj zauważyłem przy wejściu na klatkę schodową z hali garażowej akt wandalizmu. Akt ten jawił się w postaci napisów w stylu „Lechia Gdańsk” i innych bohomazów na ścianie. Zdziwiłem się nieco, bo było to miejsce dostępne tylko dla w miarę zamkniętego grona ludzi – mieszkańców naszej klatki schodowej. No dobra, ktoś się wyżył, jakiś małolat lub student mieszkający na wynajętym.

Jakiś czas temu, przeczytałem na Wikipedii o teorii rozbitych okien. Jednym z jej postulatów jest jak najszybsze reagowanie na akty naruszenie prawa i wandalizmu. Niech sprawca ma świadomość, że jego „dzieło” nie będzie miało wielu odbiorców, bo za dzień dwa już „dzieła” nie będzie.

Zajęło mi to pięć minut. Szmatka, aceton – do usunięcia napisów z metalowej skrzynki, biała farba i pędzel – do zamalowania napisów na ścianie. Można? Można!

Stare zdjęcia – wprowadzenie

Zdjęcia się robi. Niektórzy robią je tak jak w tej galerii. Czasami samo pstryknięcie to tylko ułamek czasu poświęconego na uzyskanie dobrej fotografii. Reszta to żmudne siedzenie przed monitorem i przesuwanie suwaczków – nasycenie, ekspozycja, kontrast… Są ludzie, którzy uważają każdą ingerencję w cyfrową fotografię za skończone zło, które „zabija ducha fotografii”. Prawda jest taka, że każdy aparat cyfrowy jest zminiaturyzowanym komputerem dedykowanym do obróbki obrazu. W aparatach amatorskich to oprogramowanie zazwyczaj ustawia ekspozycję, nasycenie, kontrast itp. W bardziej zaawansowanym sprzęcie fotografujący ma większą kontrolę nad ustawieniami. Dlatego też ludzie przesiadający się z kompaktów na lustrzanki są rozczarowani swoimi dziełami. Pozbyli się wygody automatycznej kontroli na obrazem a nie poznali jeszcze wystarczająco dobrze zasad, których ten automat pilnował. Ze mną oczywiście tak nie było – przed lustrzanką nie miałem innego aparatu ;)

Wracając do purystów, dla których każda korekta w programie graficznym jest bee – kiedyś wcale nie było inaczej. W czasach fotografii analogowej też spędzało się godziny w ciemni. W fotografii tradycyjnej istnieją techniki wyostrzania, wygładzania, poprawy kontrastu, balansu kolorów i wiele innych znanych dziś większości ludzi z Photoshopa. Fotomontaż też ma długie tradycje. Mój ulubiony przykład, rodem z Orwella, to zdjęcie Stalina i Jeżowa. Po tym jak w 1940 Stalin przestał kolegować się z Nikołajem Jeżowem, szefem NKWD, i kazał go rozstrzelać, ówcześni fotoszopowcy nie próżnowali. Przykład poniżej.

Przed 1940

Po 1940

Oczywiście operacje na tradycyjnym negatywie zajmowały o wiele więcej czasu i potrzebowały mnóstwa dodatkowych materiałów. Ale nie to, że nie można było. Tutaj możecie przeczytać i zobaczyć więcej o historii fotomontażu: orwell.blog, Wikipedia – Historia cenzury fotografii w ZSRR (ang.)

Podsumowując: nie ma zdjęcia bez obróbki. Problemem jest jej zakres.

Stare zdjęcia

Zdjęcia się robi. Cyfrowych zdjęć robi się bardzo dużo. Potem leżą na dysku komputera i czekają na dobre czasy. Kolega zrobił tyle zdjęć z urlopu, że ponad rok je przeglądał. Ja też tak mam. Tym bardziej, że zrobione zdjęcie muszę jeszcze obrobić.

Przed obróbką

Po obróbce

Poniżej przedstawiam zdjęcia jakie zrobiliśmy z Anią na molo w Sopocie 20 lutego 2010 roku. Do obróbki usiadłem całkiem niedawno. Pomyślałem więc, że skoro są to stare zdjęcia (bo z lutego) to zrobię je na staro ;) Może być?

Pan Jaro, czyli Rumcajs na nowo

Na starym blogu, który założyłem ponad trzy lata temu, napisałem 299 postów. Serwis, gdzie znajdował się blog – Blogger.com – poczynił ostatnio pewne „usprawnienia”, które zachęciły mnie do „pójścia na swoje” i napisania 300 wpisu pod nowym adresem.

Na nowym blogu znajdziecie wszystkie dotychczas napisane posty i umieszczone zdjęcia. Stary nie zostanie usunięty, ale nowe wpisy będą się pojawiać tylko tutaj. Zachęcam więc Was do aktualizacji zakładek i kanału RSS.

PS Podtytuł bloga to tekst usłyszany z ust istnej skarbnicy podobnych tekstów, czyli Pawła Szmytkowskiego. Dzięks ;)

Jónsi

Nie będę się rozpisywał o muzyce. Nie znam się. Aktualnie Jónsi jest u mnie na topie. Szczególnie kawałek nr 6 „Kolnidur”.

Dobry film na legalu

Całkiem niedawno, od pewnych naszych przyjaciół z Olsztyna, dowiedzieliśmy się o serwisie iplex.pl. Serwis ten udostępnia bezpłatnie filmy. Na szczęście nie znajdziecie tam „Avatara”, „Rambo” czy „Przeminęło z wiatrem”. Przeważnie są to filmy mało znane, niszowe. Sprawdźcie sami w katalogu. W dziale TV znajdziecie np. wszystkie 14 odcinków Gangu Olsena. Żeby obejrzeć film trzeba obejrzeć kilka reklam, czasami odpowiedzieć na jakieś bzdurne pytanie. Niektóre filmy np, „Lektor” są dostępne dopiero po wpisaniu kodu spod nakrętki Coca-Coli.

Obejrzeliśmy już wcześniej i polecamy między innymi:

Obejrzeliśmy w iplex.pl i polecamy:

Na koniec polecam film, który mnie natchnął do napisania tego postu: „Przyjeżdża orkiestra”. Dawno się tak nie uśmiałem ;)

PS Teo, oglądałeś? Jeśli nie to obejrzyj, jeśli tak, to potłumacz nam z egipskiego ;)

Kultura, qrwa

ło je je je

Czasami w życiu zdarzają się dziwne rzeczy. Na przykład Chasyd śpiewający reggae – Matisyahu.

Więcej o Chasydach można przeczytać i obejrzeć tutaj.

Wierszyk

Znaleziony w książce pod tytułem „Historie rzeczy codziennych” w rozdziale o aparatach fotograficznych. Wierszyk ten krąży też po Internecie. Ładny jest. I taki aktualny…

Ludwik Jerzy Kern – Pstrykowianie

W małym uroczym mieście Pstrykowie
Mieszkają sami fotografowie.

Od niemowlaka aż do piernika
Każdy w Pstrykowie pstryka i pstryka.

Gdzie indziej wrony słychać i kawki.
A w tym Pstrykowie tylko – migawki.

Pstryk – pstryk pejzażyk,
Pstryk, pstryk portrecik,
Wszystko się tutaj pstryka jak leci.

Chmury i rury,
Pierze i wieże,
Wszystko się tutaj na kliszę bierze.
I łeb cielęcia,
I nogi zięcia.
Bo to jest przecież temat do zdjęcia.

Jak oficjalnie stwierdzają dane.
Wszystko w Pstrykowie jest odpstrykane.

W związku z tym
Każdy z pstrykowian
Latem
W Polskę wyrusza z aparatem.

Można ich spotkać na każdym kroku,
Pstrykają z frontu,
Pstrykają z boku.

Błonę przekręcą
I znów od nowa
Pstryk- pstryk pstrykają.
Bo są z Pstrykowa.

Nowy blog

Nie, nie mój – Ani. Nowy jest, dziwnie sie nazywa, ale co tam. Autorka sie wyrobi. Serdecznie zapraszam na

Telefon na NK

Dowcip

Chciałbym, żeby był prawdziwy ;)

Sytuacja, która wydarzyła się w autobusie linii numer 32 w Gliwicach.
Autobus, pełen tłok ludzi (godzina 16, każdy wraca z roboty), jednym z pasażerów zajmujących miejsce siedzące jest czarnoskóry mężczyzna, wiek nieznany. Autobus staje na przystanku, wsiada kobieta w ciąży (zaawansowanej) z zakupami i jakaś babcia (i inne osoby). Murzyn widząc kobietę w ciąży wstaje i mówi do niej:

„Proszę sobie usiąść”

i grzecznie się odsuwa, podaje dłoń żeby się go złapała – autobus już rusza. Babcia widząc zwalniane miejsce, odpycha kobietę brzemienną i pędem wskakuje na krzesełko, zajmuje je i siedzi wniebowzięta. Czarnoskóry powiedział jej ładnie:

„Przepraszam, ale ustąpiłem miejsca tej kobiecie, bo jest w ciąży i wygląda na zmęczoną, chyba nie stanie się pani nic, jeśli postoi pani trochę a da usiąść tej pani.”

Na co babcia odpowiada:

„Nie wiem z jakiego plemienia pan jest, ale tutaj,w tym cywilizowanym kraju ustępuje się miejsca starym, schorowanym kobietom, a nie młodym, zdrowym.”

No niestety miała pecha, bo czarny najwidoczniej się mocno zirytował przytykiem rasistowskim, więc ładnie i dosadnie odpowiedział starszej pani:

„Nie wiem, z jakiej wioski pani jest, ale w mojej to takie stare i zgryźliwe pizdy zjada się na kolację”.

Ponoć reakcja pasażerów autobusu była nie do opisania.

Cała Polska odbudowała Warszawę

W poprzednim poście pisałem o ciekawostkach usłyszanych od właściciela restauracji w Elblągu. Jedną z nich jest hipoteza o cegłach. Zaraz po zakończeniu działań wojennych znakomita większość miast i miasteczek na ziemiach polskich i „odzyskanych” wyglądała jak rozgarnięta sterta cegieł. Powszechny jest pogląd, że większość tych cegieł została wywieziona do Warszawy. Wtedy bowiem „cały naród budował stolicę”. Z cegieł szczecińskich, olsztyńskich, gdańskich, elbląskich i Bóg wie jeszcze jakich kamienic odbudowano te warszawskie. Widziałem nawet zdjęcie ulicy Piwnej w Gdańsku, zaraz obok Bazyliki Mariackiej, na której poprowadzono bocznicę kolejową służącą zapewne do wywozu cegieł z gruzowiska, jakie zostało po starym mieście.

Do ogólnonarodowej akcji odbudowy Warszawy swój kamyczek dołożył także mój dziadek. Dziadek znalazł pewnego dnia zakopany w ziemi słój wypełniony kosztownościami, głownie złotą biżuterią. Znalezisko postanowił przekazać na szczytny cel jakim była oczywiście odbudowa stolicy. Tak dziadek postanowił i tak zrobił. Tak o tym opowiadał, najpierw swoim dzieciom a potem wnukom. Zauważyłem, że im starszy był dziadek, tym cel był mniej szczytny w jego opowieściach. Pod koniec życia dziadek wręcz żałował, że nawet swojej żonie pierścionka z tego słoja nie zostawił.

Wracając do restauratora z Elbląga. Wg niego, spalona cegła jest zbyt krucha, aby budować z niej nowe budynki. Warszawę odbudowano z nowych cegieł. Te z gruzów zostały zmielone na pył, pył został wywieziony do Moskwy i zrobiono z niego nawierzchnię Placu Czerwonego. Że tak powiem – karkołomna hipoteza.

Na koniec coś z zupełnie innej beczki ;)