gdyby ktoś komuś coś, to niby nic, ale zawsze

Wpisy z tagiem "USA"

Historie rodzinne

Dave Popko opowiedział mi o swoim ojcu. Ojciec Dave’a był fotografem i pracował dla US Army. Fotografował różne bardziej lub mniej tajne obiekty i urządzenia wojskowe. Raczej nie przynosił pracy do domu. W lipcu 1969 Neil Armstrong i Edwin „Buzz” Aldrin polecieli na Księżyc stawiać wielkie kroki dla ludzkości. Zabrali ze sobą kilka aparatów fotograficznych. Poskakali sobie po Srebrnym Globie, nacykali fotek i wrócili na Ziemię. Na Ziemi materiał fotograficzny został od razu utajniony. Tak się złożyło, że materiały te miał wywołać ojciec Dave’a. Ten wykorzystał okazję i zrobił sobie parę odbitek „na lewo” dla siebie. Wyszło na to, że pierwszymi ludźmi, którzy oglądali supertajne zdjęcia z Księżyca była rodzina Dave’a. Po jakimś czasie wszytko odtajniono i każdy mógł sobie kupić te fotografie, ale w rodzinnych zbiorach państwa Popko znajdują się do dziś dnia pierwsze oryginalne odbitki fotografii z Księżyca.

Jak to możliwe? Otóż ojciec Dave’a poza stałą pracą dla armii dorabiał sobie w weekendy fotografując śluby i inne wydarzenia ludzi w cywilu. Pewnego dnia pewien generał „poprosił” go o sfotografowanie jego ślubu. Sprawa była na tyle poważna, że po zrobieniu zdjęć, w ciemni, jak zawsze pilnowało go dwóch żołnierzy. Zdjęcia ze ślubu generała były pewnie tak samo ważne jak zdjęcia instalacji rakiet międzykontynentalnych. W trakcie wywoływania zdjęć w ciemni, jeden pilnujących żołnierzy włączył światło i szlag trafił cały zapis fotograficzny ślubu ważnego generała. Od tamtej pory nikt już nie pilnował fotografa w ciemni i dlatego mógł on wynieść „na lewo” pierwsze zdjęcia z Księżyca.

PS Dave Popko ma polskie korzenie. Niestety jedynym dowodem na jego polskość jest fakt, że potrafi powiedzieć po polsku „mała kaczuszka” ;-)

Dlaczego

Jak już niejednokrotnie pisałem, Kalifornia to piękne miejsce. Ciepłe i dostatnie. Wielkością i populacją zbliżone do Polski. Klimatem i poziomem życia już niekoniecznie. Przyznaję, że choć staram się do wszystkiego podchodzić racjonalnie, to jestem poniekąd zauroczony tym krajem. Dla niektórych może się to wydawać płytkie – pojechał do ju-es-ej i się zachłysnął bo zobaczył sześciopasmowe autostrady i Starbucksa. Jeśli tak uważasz, to zapraszam do zapoznania się z moimi płytko-głębokimi przemyśleniami.

Oprócz tego, że jestem wzrokowcem i dotykowcem, jestem również słuchowcem. Utwierdziło mnie w tym pewne zdarzenie w pracy. Otóż natrafiłem na problem i zadawałem sobie w myślach pytanie jak go rozwiązać. Nie mogąc znaleźć odpowiedzi podszedłem do kolegi i zadałem mu to samo pytanie, które zadawałem sobie. W momencie, kiedy wypowiedziałem je na głos, w mojej głowie pojawiła się odpowiedź. Tym razem było inaczej.

Podczas mojej podróży służbowej do Kalifornii zostałem zaproszony przez Dave’a i jego żonę na kolację. Dave jest jednym z inżynierów pracujących w biurze w Costa Mesa, z którym współpracujemy. Podczas rozmowy w trakcie kolacji żona Dave’a zadała mi to pytanie. Niby zwykłe takie. Pytanie, na które wydawało mi się, że znam odpowiedź. Aż do momentu, kiedy je usłyszałem z ust obcokrajowca.

Dlaczego żyjesz w Polsce?

W pierwszym momencie zatkała mnie oczywistość tego pytania. Potem w ułamku sekundy przypomniałem sobie wszystkie odpowiedzi, jakie byłyby odpowiednio poprawne:
  1. Bo tak
  2. Bo to moja Ojczyzna
  3. Bo tam się urodziłem
  4. Bo tam mam rodzinę i przyjaciół

Zadałem sobie trud szybkiego przeanalizowania tych odpowiedzi i analiza wykazała, że są one kiepskie.

Ad. 1
Bez komentarza

Ad. 2
Ojczyzna – jest to dziś dla mnie tak górnolotne hasło, że aż nierealne. Co z tego, że będziemy moknąć na deszczu przed pomnikami na 11 listopada, jak sąsiedzi i tak mają w d…e elementarne zasady sąsiedzkiego współżycia. Co z tego, że chodzę na wybory, jak nie mam na kogo głosować? Ojczyzna to wspólnota. Nie mam poczucia wspólnoty.

Ad. 3
Fakt urodzenia w Polsce nie jest powodem, żeby mieszkać w Polsce. Jest raczej przyczyną, dlaczego tu mieszkam. Skoro mieszkasz w Polsce, bo tu się urodziłeś, to dlaczego nie mieszkasz w Mławie, Działdowie czy Ciechanowie. Przecież to tam się urodziłeś/wychowałeś.

Ad. 4
To jest konkretny powód. Pytanie, gdzie jest ta granica, kiedy komfort twojego życia jest ważniejszy niż bliski kontakt z rodziną i przyjaciółmi. Kto postąpił lepiej, czy ci co w stanie wojennym emigrowali bo mieli dość czy ci co zostali w kraju? Kto teraz wybrał lepiej, ten co wyemigrował na wyspy i zarabiając na zmywaku jest w stanie podróżować po świecie, czy ten co został w kraju i po studiach zarabia 300zł więcej niż najniższa krajowa?

No więc padło zwyczajne pytanie, minęło kilka sekund a ja siedzę z otwartymi ustami, z których nie wydobywają się żadne słowa. W końcu odpowiedziałem:

Bo w każdym innym kraju czułbym się jak emigrant.

A ty dlaczego mieszkasz w Polsce? Szczerze i racjonalnie.

Impresjonizm kalifornijski

Byliśmy kiedyś na wystawie malarzy reprezentujących nurt impresjonizmu kalifornijskiego. Kurczę, zawsze chciałem to powiedzieć ;-) Pamiętam z tej wystawy, że impresjoniści z całego świata przyjeżdżali do Kalifornii nie ze względu na piękno krajobrazu, ale głównie ze względu na światło. Ciepłe, słoneczne światło. Takie samo jak w krajach śródziemnomorskich, tylko że inne.
Bardzo chciałbym Wam pokazać na zdjęciach to słońce i te krajobrazy nim oświetlone, ale nie pokażę. Pogoda nie dopisała. Niemniej jednak coś pokażę.

Ocean podczas odpływu, Loma Point – San Diego

Ogród japoński, Balboa Park – San Diego

Balboa Park – San Diego

Podczas gdy ja fascynowałem się kolibrami i pelikanami,
tubylcy wykazywali wielkie zainteresowanie zwykłymi kaczkami krzyżówkami.
Co kraj to obyczaj. Balboa Park – San Diego

Ogród kaktusów, Balboa Park – San Diego

San Diego

Newport Beach

Newport Beach

Newport Beach

Newport Beach

Już

Do domu wróciłem, w piecu napaliłem. Wystartowałem w piątek o 12:30, wylądowałem w sobotę o 20:00, czyli podróż trwała 22:30. Dziwne prawda? Dla mnie wciąż magiczne. Przez tą magię w niedzielę spałem do 17:00 a dziś rano do pracy obudziłem się po czwartej, co mi się zwyczajnie nie zdarza. Jak tylko przestawię się z powrotem na czas środkowoeuropejski, napiszę nieco więcej o mojej podróży. Powrzucam też parę zdjęć. Tylko muszę zmusić organizm, żeby nie zasypiał o 9:00 rano i budził się o 17:00.

Ten to dopiero potrafi

Naśmiewa się taki z amerykańców, kalifornijczyków a sam co – przeziębił się. Wziął i się przeziębił podczas tej srogiej kolifornijskiej zimy. 15°C to widocznie za mało dla człowieka z kraju, jak to dzisiaj wytłumaczyłem pani na stacji benzynowej, między Niemcami a Rosją.

Chodzę cały dzień z czerwonym nosem i chusteczkami w kieszeni. Na nieszczęście dziś wieczorem byłem zaproszony na kolację u Ricka. Rick jest jednym z menadżerów tu w Costa Mesa. Na szczęście jego żona jest pielęgniarką i na pożegnanie wyposażyła mnie w tabletki na noc, tabletki na dzień i kilka torebek miętowej herbaty. Mam jakiś sentyment do pielęgniarek. Pewnie po matce ;-)

Rainy California – errata

W jedyny wolny weekend podczas mojego pobytu w kraju, gdzie pomarańcze rosną ludziom w przydomowych ogródkach, zaplanowałem wyjazd nad Wielki Kanion. Niestety, pogoda pokrzyżowała te plany. Gdybym nawet dojechał na miejsce, to po 9 godzinach jazdy zobaczyłbym jedynie gęste opady śniegu. Z resztą, tutejsi mówią, że to tylko taka spora dziura w ziemi.

Patrząc na mapę pogody San Diego wydawało się dobrą opcją – deszcz tylko w sobotę, w miarę słoneczna niedziela. Wsiadłem dziś rano w samochód, zatankowałem i ruszyłem na południe.

Droga była ciężka. Przez prawie cały czas padał deszcz, momentami tak silny, że samochody zwalniały do 20 mil/h. Niniejszym chciałbym sprostować mój poprzedni post – te opady deszczu są naprawdę potężne. Nawet dla mieszkańca środkowej Europy. Tutejsi mówią, że nie widzieli takich opadów od lat. No cóż – tutaj też bywają ciężkie zimy.

Mając na uwadze prognozę pogody, zaplanowałem na dziś zwiedzanie muzeów. W San Diego jest świetne miejsce na zwiedzanie muzeów – Balboa Park. Park, na terenie którego mieści się prawie dwadzieścia muzeów o różnej tematyce. Dla mnie wybór był prosty – lotnictwo, kosmos, fotografia ;-) Prosty ze mnie człowiek.

For A.

Na koniec opowiem Ci o najprzyjemniejszym momencie tego dnia. W skład kompleksu Balboa Park wchodzi kilkanaście ogrodów. O tej porze roku najlepiej prezentował się ogród kaktusów. Wśród tych kaktusów baraszkował sobie kopciuszek, zupełnie taki sam jak w naszym ogródku w Sopocie ;-) Zaraz potem zauważyłem… kolibra! Ja wiem, teraz każdy ma Animal Planet w telewizorze, ale zobaczyć na własne oczy coś tak pięknego, to zupełnie inna sprawa. Miał może z 5-6 cm. Mienił się na wszystkie kolory pomiędzy czerwonym i zielonym i zawisał chwilami w powietrzu jak ważka. Coś pięknego. Szkoda, że Cię tu nie ma ze mną. Love :*

Rainy California

Dziś pada deszcz. W Costa Mesa pada taki drobny deszcz, że postanowiłem założyć kurtkę bez kaptura. Teraz siedzę w hotelu i oglądam program w TV – Stormwatch. Pokazują ulice Long Beach, którymi spływa woda. Budynki przy ulicy obłożone workami z piaskiem na wysokość kolan. Ludzie wydają się być bardzo zaniepokojeni. Wszystko ok, ale woda na ulicach sięga… dolnej krawędzi niskoprofilowych felg w sportowych samochodach. Tak to już jest w regionie, gdzie deszcz między kwietniem a listopadem jest nadzwyczajnym wydarzeniem.

Wieczór w hotelu

Oczywiście każdy wyjazd za granicę to wspaniała okazja do zakupów. Dostałem zamówienia od pięciu osób na około 3500zł. Dobrze, że kolega Dominik nie zamówił u mnie Rolexa lub innego Cartiera. Ja nie wiem, człowiek jedzie do pracy a tu mu „każą” kupować odkurzacze, perfumy, gumki do włosów itp itd. Dziś udało mi się spełnić większość życzeń. Na zdjęciu niżej trofea i zasłużony posiłek w sam raz na wieczór przed telewizorem.

Rdz 11,1-9

Jako człowiek osiadły, typowy ksenofobiczny Polak-Katolik-alkoholik, zawsze będąc zagranicą czuje się jak ufoludek. Mam wrażenie, że jestem inaczej ubrany, uczesany, inaczej opalony i w ogóle jestem inny. Skoro wszyscy inni są inni, to raczej jest to moja wina – to ja jestem inny a nie oni. Dopiero wczoraj udało mi się wydedukować, jak to się dzieje. Otóż w takiej Ameryce ludzie nie zwracają uwagi na to, że ktoś jest inny. To, co w Polsce lub w Europie uchodzi za dziwaczne tu dziwaczne już nie jest. Może dlatego, że tu większość ludzi jest dziwacznych na swój sposób a skoro dziwaczność jest powszechna, to nie rzuca się w oczy. Z drugiej strony, w kraju naszym, gdzie cytryna dojrzewa, wystarczy się do kogoś uśmiechnąć w autobusie albo założyć różowy szalik a ludzie już mają cię za dziwaka. Polacy mają bardzo nisko ustawiony próg postrzegania dziwactw. Każde odstępstwo od szaroburej normy jest dziwactwem. Tutaj nikogo nie dziwi pani ważąca 150kg jedząca lunch w McDonaldzie, pan na elektrycznym wózku z butlą tlenową na plecach wjeżdżający do sklepu z biżuterią, żebrak wyjmujący plastikowe butelki ze śmietnika 5 metrów od sklepu Rolexa i Cartiera. Jeśli ktoś głosi Słowo Boże przechodniom na skrzyżowaniu ulic, to nie wyzywa się go cytuję – od Jehowców lub Żydów pier…ch. Ktoś kiedyś napisał lub opowiedział mi, że czyjaś znajoma mieszkająca w Anglii wyszła na chwilę przed dom i zatrzasnęły się za nią drzwi. Klucze były w środku, więc poszła kilka ulic dalej do miejsca pracy koleżanki z którą mieszkała po jej klucze. Nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że drogę pokonała ubrana tylko w pidżamę. Ponoć nikt nie zwrócił na nią uwagi.

Tak więc chodzę sobie po centrum handlowym South Costa Plaza czując się jak ufoludek chociaż nikt nie zwraca na mnie uwagi. Dopiero kiedy muszę z kimś zamienić słowo, widzę w oczach rozmówcy zdziwienie – „Ten koleś mówi z jakimś dziwnym akcentem”. Trudność polega na tym, że ja staram się mówić po angielsku tak samo mocno jak Meksykanin po drugiej stronie lady. Dogadamy się?

Sunny Sunday

Zwyczajowo pospałem sobie do późna. Kuchnia serwowała śniadania jedynie do 10:30. Dałem radę. Podobnie jak zmiana sprawdzonej trasy, tak i zmiana hotelu mi nie posłużyła. Hotel trochę gorszy od tego z ostatniego tournee w 2008 roku. Ale hotel też daje radę. Wybrałem się na przejażdżkę. Oswajanie się z ruchem drogowym jest powolne. Ilość przegapionych zjazdów z autostrady jest ściśle skorelowana z ilością spalonego paliwa.

Kalifornia to magiczne miejsce. Słonecznie, 17°C, na plaży ludzie grają w siatkę, surfują. Sielanka. Porobiłem trochę zdjęć na plażach w Huntington i Newport, ale wam nie pokażę. Analogowa fotografia – taka moja fanaberia ;-)

Nie-dobre połączenie

Dwa lata temu lecieliśmy z chłopakami z Gdańska przez Frankfurt i Denver do Santa Ana. To było dobre połączenie, bo nasze biuro w Kalifornii jest dosłownie przez ulicę od lotniska w Santa Ana. Rok temu kolega wybrał lot z Frankfurtu do Los Angeles. Jedna przesiadka mniej a samochodem z Los Angeles to ok. godzina jazdy. Postanowiłem zrobić tak samo.
Okazało się jednak, że w momencie zamawiania biletów nie było już bezpośrednich lotów z Frankfurtu do Los Angeles. Poleciłem więc przez Houston. Nie dość, że lot dłuższy niż przez Denver to jeszcze ten dojazd.

Z Gdańska wyleciałem o 8:15. Pobudka o 4:15. Padał drobny śnieg i było -2°C. Po niecałych dwóch godzinach byłem we Frankfurcie. Duże międzynarodowe lotniska to prawdziwe Wieże Babel. Tabuny różnokolorowych ludzi mówiących różnobrzmiącymi językami. Angielski, niemiecki „verboten”, polski „k..wa”, francuski, hinduenglish, norweski?, rosyjski. To „verboten” usłyszałem od sprzątaczki, bo kupiłem kawę na wynos i przysiadłem się do stolika. No zbrodnia po prostu. No i te dziwne pytania obsługi przed wejściem na pokład samolotu do USA – „Czy tę torbę miał pan cały czas na oku?”, „Czy do tego laptopa tylko pan ma dostęp?”. „Because our country going through the difficult time.”

Z Frankfurtu odleciałem o 13:50. Lot trwał ponad 11 godzin. Trochę spałem, na tyle na ile pozwoliło płaczące dziecko. Trochę pogadałem z panią siedzącą obok, na tyle na ile pozwoliła mi moja znajomość angielskiego. Piwa się nie napiłem, bo linie Continental biorą $5 za butelkę. W Lufthansie jest za darmo. Continental ma za to plus u mnie za podejście do długonogiego pasażera – zaproponowali mi siedzenie, za którym i przed którym nikt nie siedział. Ogólnie mówiąc, tak długie loty nie są czymś przyjemnym.

W Houston była 18:15. Po 21 godzinach na nogach, stanąłem przed obliczem oficera imigracyjnego. Facet kończył właśnie zmianę i byłem jego ostatnim petentem. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że tym razem nie będzie problemu z wejściem na terytorium USA. Nie wyszedłem jeszcze na zewnątrz a już przeszedłem szok termiczny. W kolejce do kontroli bezpieczeństwa stali razem opaleni ludzie w szortach i klapkach i tacy jak ja – w kurtkach, polarach i szalikach.

Z Houston do Los Angeles miałem odlecieć o 20:55 ale odlot przesunięto o godzinę. W samolocie znowu płaczący dzieciak, ale po 25 godzinach bez snu nawet to nie przeszkadza. W Los Angeles wylądowałem po prawie 4 godzinach lotu grubo po 23:00 czasu lokalnego. Szczęśliwie bagaż też ze mną przyleciał i to nawet w dobrym stanie. Ania postanowiła mi zrobić niespodziankę i poupychała w walizkę mnóstwo batoników. Nawet nie wiedziałem, że poświadczam nieprawdę zaznaczając na deklaracji celnej, że nie przywożę większej ilości żywności.

W wypożyczalni samochodów dostałem Chevroleta Impala. Znany mi samochód z mojego pierwszego pobytu w stanach. Natomiast prowadzenie samochodu z automatyczną skrzynią biegów jest mi mniej znane. A jazda po amerykańskich highway’ach i street’ach już w ogóle. Na szczęście obie te mało mi znane rzeczy są bardzo proste. W hotelu zameldowałem się po 1:00 w nocy. Zadzwoniłem do Ani i rodziców. W Polsce była 9:00 rano. Po 30 godzinach z przyjemnością położyłem się do łóżka.

Lecem bo muszem

na dwa tygodnie w delegację do Costa Mesa w Kalifornii. Tym razem lecę sam. Dam sobie radę?

The GAA – Part III – Hamburger

Tytuł polski:
Hamburger

Tytuł polski tłumaczony przez polskich tłumaczy tytułów filmowych:
Hamburg

Amerykanie jedzą. Czasami jedzą za dużo, czasami jedzą niezdrowo. Jedzą inaczej. To znaczy też mają usta, przełyk i żołądek. Chodzi mi o kulturę jedzenia i o tzw. kuchnię. Jest to tak znacząco różna kuchnia od naszej polsko-schabowo-ziemniaczanej kuchni, że postanowiłem poświęcić jej jeden z moich postów opowiadających o Ameryce jaką widziałem.

Podstawą żywienia w USA wydaje sie być kanapka. Przy czym nie jest to kanapka taka jak u nas – kromka chleba posmarowana masłem z wędliną, serem, ogórkiem, pomidorem lub dżemem. Tam kanapką nazywa się dwie dosyć grube kromki chleba tostowego z obfitą zawartością pomiędzy. Kanapką jest więc hamburger, bigmac i inne tego typu. Zawartość kanapki może też stanowić grillowany kurczak lub kilkanaście plasterków wędliny. Czasami jest tego tak dużo, że trzeba to spinać wykałaczką, żeby się nie rozleciało. Do kanapek jeszcze wrócę. Zacznijmy od śniadania.

Nie wiem, jak wygląda typowe amerykańskie śniadanie. W hotelu na śniadanie było do wyboru:

  • pieczone małe białe kiełbaski (ciut mniejsze od morlinek)
  • pieczone paski bekonu
  • jajecznica
  • gofry z sosem klonowym
  • małe naleśniki z serem
  • mleko z różnymi rodzajami płatków
  • owoce

Około godziny 12:00 rozpoczyna się pora lunchu. Wszyscy rozjeżdżają się po knajpkach. Ogólnie miejsc gdzie można zjeść jest na pęczki, ale w porze lunchu wszystkie są zatłoczone. Najpopularniejszą potrawą jest oczywiście kanapka. Równie często je się potrawy meksykańskie i ryby. Nie gardziliśmy fastfoodami oferującymi najtańszy asortyment.

Z obiadem i kolacją jest podobnie jak ze śniadaniem – nie wiem co i gdzie się je.

Podstawowym napojem w USA jest kawa. Zawsze występuje w dwóch odmianach – normalnej i bezkofeinowej. Wśród producentów monopol ma praktycznie Starbucks. Ich kawę parzy się w firmowych ekspresach jak i w nieskończonej ilości kawiarniach. Jeśli widzisz kogoś z jednorazowym kubkiem na ulicy na 90% jest to kubek z kawą ze Starbucksa.
Bardzo rzadko można natknąć się na herbatę. Ta o dziwo też może wystąpić w formie bezkofeinowej. Kawę posłodzimy cukrem lub kilkoma rodzajami słodzika. Bardzo spodobał mi się jeden, na którego opakowaniu napisane było „Zrobiony z cukru, smakuje jak cukier, nie zawiera cukru”.
Coca-Cola i Pepsi są wszędobylskie. Szkoda, że w Polsce niedostępny jest Dr. Pepper – ulubiony napój Forresta Gumpa. W pełni podzielam jego gust.
Wino. Kilka lat temu, na 50 urodziny dałem mojej mamie w prezencie bardzo dobre kalifornijskie wino. Okazja była nielicha, więc i pieniędzy wtedy nie pożałowałem. W Kalifornii kupiłem to samo wino w zwykłym markecie za pięć razy mniej. Podobnie kształtowały się ceny innych kalifornijskich win znanych u nas jak np. Sutter Home. Z kolei najdroższą wódką był nasz Chopin.
Piwo jest niespecjalne. Najczęściej występuje w postaci Light. Nawet Heineken smakuje gorzej.

Amerykanie lubią sobie zjeść. Po zjedzeniu posiłku zdarza się, że manifestują stan najedzenia głośnym „I’m full” po czym za moment pytają „What about dessert?”. Na ulicach spotyka się chorobliwie otyłych ludzi. Najczęściej są to kobiety spacerujące z batonem w ręku. Są to jednak wyjątki.

Od najpodlejszych jadłodajni takich jak McDonalds aż po hotelowe restauracje, obsługa składa się wyłącznie z Meksykanów. Jako że nasz angielski był średni a ich jeszcze bardziej średni, dochodziło czasami do nieporozumień a zamówienie zwykłego hamburgera było zadaniem nie lada trudnym.

PS Dla osób pragnących czytać teksty piękniejsze polecam felieton Katarzyny Nosowskiej z lutowego wydania świetnego babskiego pisma Zwierciadło. Do prawie każdego akapitu jej felietonu o podróży po zachodnim wybrzeżu USA mógłbym wkleić swoje zdjęcie.

The GAA – Part II – Life is a highway

Tytuł polski:
Życie jest autostradą

Tytuł polski tłumaczony przez polskich tłumaczy tytułów filmowych:
Droga do nikąd

Tip:
1 mila = 1,62 km
1 galon = 2,4 l 3,785 l (dziękuję Bożenie za poprawkę)

Amerykanie jeżdżą samochodami. Samochód jest dla nich przedmiotem codziennego użytku tak jak szczoteczka do zębów a jeżdżenie samochodem czynnością tak powszechną jak chodzenie czy jedzenie. Stąd też wynika moim zdaniem ich kultura na drodze. W ciągu tych dwóch tygodni, tylko dwa razy zdarzyło sie, że ktoś na nas zatrąbił lub w inny sposób wyraził swoją dezaprobatę naszych dziwnych manewrów na drodze. Jadąc rano do pracy pięciopasmową autostradą, rzadko widywaliśmy kogoś, kto wyprzedzał znienacka z ogromną prędkością a potem wciskał się przed inne samochody w ostatniej chwili. Sam zauważyłem, że po powrocie do Polski jeżdżę spokojniej. Nawet jeśli na autostradzie był korek w popołudniowych godzinach szczytu, wszyscy jechali te swoje 10-20 mph.

Przepisy drogowe są w Kalifornii bardzo proste. Tak samo jak znaki drogowe. Na znakach znajdują się albo strzałki albo napisy. Żadnych dziwnych symboli. Wszystko masz napisane: „Musisz skręcić w lewo”, „Zakak parkowania w dni robocze”, „Niebezpieczny zakręt”. Niektóre znaki wprost informowały Cię o konsekwencjach: „1000$ za śmiecenie na drodze”, „Na odcinkach drogi w remoncie, wszystkie kary ulegają podwojeniu”. Ciekawą sprawą są wydzielone pasy ruchu dla samochodów z więcej niż jedną osobą na pokładzie tzw. „carpool”. Na sześciopasmowej autostradzie jest to skrajnie lewy pas. Znak głosi: „Za jazdę po pasie carpool samochodem bez pasażerów kara 341$”. Skąd ten pomysł? Większość ludzi jeździ tam w pojedynkę, samochód z kilkoma osobami jest tam wyjątkiem.
Autostrady betonowe, ulice w miastach szerokie i bez dziur. Tylko, że oni nie muszą się martwić o zimę. Kolejny ciekawy pomysł – krawężniki w miastach pomalowane na zielono, czerwono, żółto lub niebiesko. Oznaczają, czy i pod jakim warunkiem można parkować. Niebieskie – niepełnosprytni, czerwone – miejsce dla straży ogniowej, reszta – to miejsca oznaczone tylko do wyładunku, do parkowania tylko do 3 min itp. Wszędzie, gdzie parkowanie jest niedozwolone znaki głoszą, że samochód będzie odholowany na koszt kierowcy.
W Kalifornii maksymalną dozwoloną wartością alkoholu we krwi jest 0,8 ‰. Co jakiś czas spotkać można też znak „Zgłaszaj pijanych kierowców. Dzwoń 911″.

San Diego, pakujemy się do auta po spacerze na plaży

Samochodów jest ogromna ilość. Marek samochodów jest niewiele mniej. Bardzo dużo jeździ tam japończyków i koreańczyków (nawet Daewoo Lanos). Sporo niemców. Saaby i Volvo. Najmniejsze samochody to Toyota Yaris i Mini-Moris. W ogóle nie widać włochów (oprócz Lamborghini) i francuzów, chociaż jeden z naszych kolegów z biura w Irvine widział kiedyś cyt. „pużu”.
Prawie każdy samochód jeździ na alufelgach. Wszystkie auta są czyściutkie (bo niby czym mają się tam brudzić). Stosunkowo mało ciężarówek i starych, zaniedbanych samochodów.
Z parkowaniem mieliśmy problem tylko w San Francisco. Poza tym, przy centrach handlowych i biurowcach oraz w centrach miast są ogromne parkingi.

Ford Fusion ciut inny niż u nas

My poruszaliśmy się po stanach dwoma samochodami. Pierwszy to Ford Fusion, który w USA przypomina raczej Mondeo niż podwyższaną Fiestę jak u nas. Fordem jeździł Patryk, który przyjechał z nami, ale tylko na jeden tydzień. Drugim autem był Chevrolet Impala. 157 KM z 3,5 litrowego silnika V6 nie robiło wrażenia w tym samochodzie. Dominik, który był naszym kierowcą narzekał raczej na „bezwładność” tego samochodu. Palił 18-30 mil na galon. Galon benzyny kosztował ok. 3,10$. Co ciekawe diesel jest droższy, kosztuje ok. 3,65$ za galon, czyli odwrotnie jak u nas.

Jadąc samochodem słuchaliśmy radia. Praktycznie co dwie-trzy działki na skali nadaje jakaś rozgłośnia. Ich zasięg jest jednak niewielki więc „połykając” kilometry na autostradzie, co kilka minut trzeba było szukać nowej stacji. Było to o tyle kłopotliwe, że sporo z nich nadaje tylko po hiszpańsku i tylko muzykę, nazwijmy to delikatnie „ludową”.

Specjalny, świecący w ciemności uchwyt, którym zamknięta w bagażniku osoba może otworzyć bagażnik i uciec.

Kulawi to mają dobrze w USA ;-) Na zdjęciu Ford Mustang GT (fot. Rafał)

Na koniec mapa z zaznaczonymi miejscami, o których napisałem lub napiszę w przyszłości.

The GAA – Part I – Departure

Tytuł polski:
Odlot

Tytuł polski tłumaczony przez polskich tłumaczy tytułów filmowych:
Katastrofa wisi w powietrzu

Jak już pisałem wcześniej, wiele rzeczy i sytuacji było moim udziałem po raz pierwszy. Jak prawie każda wyprawa do USA, ta i ta zaczęła się od lotu samolotem. W zasadzie były to trzy loty.

Trasa: Gdańsk – Frankfurt
Czas: 8:15 – 10:05 (długość lotu: 1:50)
Samolot: Embraer 170 (LOT)

Startowaliśmy o 8:15. Jarek musiał wcześniej stawić się na odprawę bagażu, więc nadludzkim wysiłkiem wstał przed 6:00. Skutkiem tego było niewyspanie a skutkiem niewyspania było krótkie spięcie z pogranicznikiem przy odprawie paszportowej. Koleś zagiął mnie na pytaniu o miejsce urodzenia. Pomyliłem się ;) Za słabo mnie wyszkolili w Al Kaidzie w zakresie podawania fałszywych danych. Na szczęście straż graniczna nie miała w swojej bazie danych terrorysty o moim wyglądzie, więc puścili mnie.
Teraz kontrola bezpieczeństwa. Prześwietlenie bagażu i przejście boso przez bramkę do wykrywania metalu. Pan pogranicznik bardzo chciał obejrzeć mój aparat. Szczególnie interesowała go torba do aparatu. Ciekawe tylko, co interesowało strażnika za mną, który stał w mundurze polowym z dłonią na pistolecie w kaburze? Z trzech krajów, które odwiedziłem, z kontroli, które przeszedłem, wynika, że to Polska najbardziej obawia się terrorystów.

Po załadowaniu się do samolotu, stewardesa pokazała teatrzyk pt. „Jak zapiąć pasy, jak zakładać maskę tlenową i kamizelkę ratunkową”. Doprawdy krzepiące. Potem odezwał się kapitan, przywitał się, podziękował za wybór linii lotniczych LOT i życzył przyjemnego lotu. Po kolejnych dziesięciu minutach stania przy terminalu, kapitan znowu się odezwał i poinformował o usterce w komputerze nawigacyjnym i o konieczności zrestartowania systemu. Tym komunikatem byliśmy już naprawdę pokrzepieni, wręcz podnieceni czekającą nas podróżą.
Wbrew zapowiedziom dalszy lot przebiegł normalnie. Start, przyśpieszenie wciska cię w fotel, przy wznoszeniu i opadaniu zmieniające się ciśnienie zatyka ci uszy, miękkie lądowanie w Frankfurcie. Czas podróży ok. 2h. Akurat tyle, żeby się wznieść na wysokość przelotową ok. 10km, poczęstować pasażerów kawą i paluszkami i zejść do lądowania. Widoki z okna – chmury. Wybaczcie, że nie będzie żadnych zdjęć lotniczych.

Trasa: Frankfurt – Denver
Czas: 13:15 – 15:50 (długość lotu: 11:35)
Samolot: Airbus A340-600 (Lufthansa)

Lotnisko we Frankfurcie ogromne. Między terminalami jeździ bezobsługowa elektryczna kolejka. Kolejki do bramek długie jak wszędzie. Mnóstwo Hindusów. Niektórzy z nich spali gdzie popadnie. Wsiedliśmy na pokład samolotu. A340 to spory samolot. Układ siedzeń 2+4+2. Dostałem miejsce w środku, z dala od kolegów. Specyficzne dla tego samolotu są toalety umieszczone w pomieszczeniu pod pokładem głównym. Start trochę dłuższy niż w przypadku poprzedniego lotu z racji większego samolotu. Przez okienka było widać jak w pewnym momencie końcówki skrzydeł, obciążone olbrzymią ilość paliwa w zbiornikach, zaczęły się unosić. Pokrzepiający widok ;)
Co można robić w samolocie przez jedenaście godzin? Spać? Można, ale to żadne spanie. Mało miejsca, szczególnie dla takiego wyrośniętego pasażera jak ja. Hałas w rodzaju szumu wentylacji w samochodzie, tylko trochę głośniejszy. W pewnym momencie wnętrze samolotu wygląda jak mały kołchoz – każdy śpi jak mu wygodnie, w zadziwiających czasami pozycjach. Każdy ma do dyspozycji malutką poduszkę i koc. Nad umieszczonych pod sufitem ekranach na początek wyświetlono instrukcję bezpieczeństwa (z tym wyjątkiem, że zamiast stewardesy na filmie był animowany ludzik) potem dwa filmy – „Ratatouille” i „The Martian Child”. Co jakiś czas pokazywali mapkę z informacjami, jak daleko jeszcze mamy do celu, jak długo będziemy się jeszcze męczyć, jak szybko lecimy i z jakiej wysokości możemy spaść do Atlantyku w razie awarii.
Dostaliśmy dwa posiłki. W zasadzie mini-posiłki. Dobrze, że alkohol był za free. Po trzech piwkach i dżinie z tonikiem lata się przyjemniej.
W Denver byliśmy o 15:50. Wg naszego czasu 23:50. Przed nami odprawa paszportowa czyli immigration. Wszyscy pasażerowie jeszcze na pokładzie samolotu musieli wypełnić formularz wjazdowy do USA. Zielony dla bezwizowców i biały dla wizowców. Zapomnijcie o UE. Po kolorach formularzy ludzi stojących w kolejce do immigration można było poznać amerykański podział świata: zielone – Włosi, Niemcy, Francuzi; białe – Hindusi, Polacy i Rosjanie. Immigration officer nie był dla mnie miły. Bardzo ciekawy był po co tu przyleciałem oraz jak wygląda moje zaproszenie. Kolega powiedział od razu, że pracuje w GE i załatwili go w 10 sekund. Magiczne słowo ;) Jak tylko oficjalnie przekroczyliśmy granicę USA skierowaliśmy się na kolejny samolot.

Trasa: Denver – Santa Ana
Czas: 17:45 – 19:07 (długość lotu: 2:22)
Samolot: Boeing 757-200 (United Airlines)

Na początek kolejna kontrola bezpieczeństwa. Boso przez bramkę, kurtka, aparat i bagaż dostały trzeci już tego dnia darmowy rentgen. Moi koledzy natomiast zostali przepuszczeni przez maszynę do wykrywania materiałów wybuchowych. Ustrojstwo to produkowane przez naszą firmę wygląda jak dwie przeszklone i połączone budki telefoniczne. Wchodzi się do tego, maszyna dmucha na ciebie a potem „wącha” i sprawdza czy może nie przenosiłeś ostatnio w kieszeni dynamitu albo C4.
Trzeci lot tego samego dnia i w tym samym życiu nie robi już wrażenia ;) Samolot wyglądał w środku jak autobus. Trochę wytarta tapicerka i dywany, trochę wytarta farba na często dotykanych miejscach itp. Na pokładzie rodziny z dziećmi, mały poczęstunek. Taki typowy lot krajowy jakich wiele w stanach. Bardzo podobał mi się widok z okna na malejące poniżej światła wielkiego miasta. Przypomniała mi się gra „SimCity”, gdzie z góry było widać malutkie samochody poruszające się po ulicach. Po przelocie nad ciemnymi terenami gór Sierra Nevada oczom naszym ukazał się las. Zaraz, zaraz, nie las tylko morze. Dokładniej morze świateł. Pod nami świeciły do nas miasta na wschód od Los Angeles – San Bernardino, Riverside, Corona i nasz cel – John Wayne Airport w Santa Ana. Ciekawa była ostatnia faza lądowania, bo początek pasa zaczynał się zaraz przy autostradzie.
Pierwszy zapach Ameryki: jak u nas późnym latem. Ciepły kalifornijski wieczór. Wg naszego czasu 4:07 rano.

Z zadań wyznaczonych na ten dzień udało nam się już zrealizować następujące:
- przejść rygorystyczną odprawę i kontrolę w Gdańsku
- przeżyć loty
- odnaleźć prawidłowe brami na terminalach
- przekonać immigration officer’a że nie będziemy zwiedzać USA przez następne 10 lat

Pozostało nam wypożyczyć samochody i dojechać do hotelu. Ale o tym już w następnym odcinku.

The Great American Adventure

Tytuł polski:
Wielka amerykańska przygoda

Tytuł polski tłumaczony przez polskich tłumaczy tytułów filmowych:

Jarek za oceanem

Mój pomysł na opowiadanie zmagazynowanych w czeluściach mej pamięci wspomnień, to opowiadanie ich wg pewnych kategorii a nie chronologicznie. Mam nadzieję, że się Wam to spodoba. Dajcie znać w komentarzach, czy nie przynudzam za bardzo momentami.

Wszyscy święci

Poniedziałek 21 stycznia w USA jest świętem Martina Lutera Kinga i jest dniem wolnym. Skorzystaliśmy z trzydniowego weekendu i zwiedziliśmy kilka ciekawych miejsc: Santa Barbara, Santa Monica, San Francisco, Los Angeles, Malibu i wiele innych. Bądźcie cierpliwi i czekajcie na relacje o mojej wielkiej amerykańskiej przygodzie, jak tylko wrócę do macierzy. Już w najbliższy weekend. Do napisania.

Krótko

Korzystam z komputera kolegi, więc nie będę się rozpisywać. Z resztą nie dam rady opisać wszystkiego, co mnie tu spotyka, w jednym poście. Obiecuję – po powrocie będziecie mieć serię postów o Kalifornii ;)

Tymczasem zachęcam Was do głosowania na mojego bloga. Na jednego bloga można głosować tylko raz. Można głosować na dowolną ilość blogów. Dochód z SMSów idzie na cel charytatywny. Głosując można wygrać iPoda ;) Szczegóły w prawej kolumnie lub na stronie konkursu.

Voice of America

Kiedy obudziłem się rano w moim apartamencie przy 201 East MacArthur Blvd nie wiedziałem jeszcze, że czeka mnie dzień pełen wrażeń. Dziś zaliczyliśmy San Diego. Najbardziej podobał nam się okręt-muzeum USS Midway. Lotniskowiec, który jeszcze do 1992 roku był w służbie amerykańskiej marynarki wojennej. Nie będę próbował opisywać tu wszystkiego, co mnie dziś zachwyciło i zdziwiło. Ogólnie rzecz ujmując i cytując Anię – „tutaj wszystko jest większe”. Autostrada po pięć pasów w jednym kierunku. Lotniska, gdzie samoloty stoją w kolejkach do startu lub krążą w powietrzu w oczekiwaniu na lądowanie. Ford Fusion, który w Polsce jest podwyższaną Fiestą a tu jest sedanem w stylu Toyoty Corolli. Do tych co grali w GTA – tu jest tak samo jak w tej grze. Samochody, budynki, plenery, stacje radiowe z głupawymi reklamami i pełno Meksykanów. Dziś w San Diego było ok. 20°C. Na ulicach rosną tu palmy, ale szczyt mojego zdziwienia wywołał widok palmy, obok której rośnie sobie zwyczajna sosna…
Z Santa Ana w Kalifornii pisał dla Was Mariusz Max Kolanko ;-)

P.S. Pozwoliłem sobie poprawić kilka błędów, wynikających zapewne z rozentuzjazmowania w czasie, kiedy pisałem ten post ;)

„I’m leaving on a jet plane”

Dziwne uczucie towarzyszy mi dziś przez cały dzień. Jeszcze tam nie doleciałem a tutaj już mnie nie ma. Po kilku dniach przeliczanie walut i temperatur weszło mi w krew. Patrzę ze zdziwieniem na ceny w naszych sklepach, na cenę benzyny na stacjach paliw, na ludzi marznących na ulicach. Tak jakbym nie był stąd. W Kalifornii za kilka dni będzie 20°C (68°F), paliwo jest tanie jak barszcz i iPhone’y za 400$ ;-)
W pracy koledzy miło pożegnali się ze mną. Aż za miło. Nie wyglądało to jak pożegnanie przed urlopem, przed delegacją też nikt nigdy się ze mną nie żegnał. Nie wiem co o tym myśleć ;-/
Za to stojąc na czerwonym świetle w radio zaczęli grać „if you’re going to San Francisco, be sure to wear some flowers in your hair”. Zrobiło mi się bardzo miło.

Następny post napiszę już zza wielkiej wody. C U

Raise fieber

To już jutro! Matko huto, co to będzie? Znając mnie, a myślę, że znam się nienajgorzej, palnę jakaś wielką głupotę. Bardzo lubię czarny humor, więc może mi do głowy przyjść opowiedzenie pasażerowi obok jakiegoś żartu o bombie w samolocie. Żart oczywiście spalę, ale słowo bomba wywoła panikę na pokładzie, samolot w trybie nagłym wyląduje w Paryżu a dla mnie podróż życia zakończy się w tajnym więzieniu CIA w Tajlandii.
Brzmi niewiarygodnie? No tak, ale mi takie rzeczy naprawdę potrafią się zdarzyć ;-)

Wujek Sam wzywa

Kiedy wstępowałem w szeregi pracowników amerykańskiej korporacji, Ania przepowiedziała mi, że firma wyśle mnie do USA na szkolenie. No i wykrakała, jak to się mówi. Już w najbliższą sobotę, za 5 dni ruszam w tę wielką podróż. Oto jak do tego doszło.
Obecnie jestem testerem w projekcie MAS, który rozwijany jest w Irvine w Kalifornii niedaleko Los Angeles. W Gdańsku projekt jest rozwijany od czerwca. Właściwie jestem pierwszym pracownikiem zatrudnionym do udziału w nim. Obecnie pracuje u nas nad projektem trzech programistów i czterech testerów. Na początku grudnia, programiści mieli lecieć do stanów na szkolenie. Jak zwykle, pod koniec roku, firma wstrzymała wszelkie wydatki w celu maksymalizacji zysku. Mniej więcej w tym samym czasie zauważyłem, że firma szuka jeszcze jednego programisty do projektu. Zgłosiłem się z pewną taką nieśmiałością. Propozycja przeszła. I ja też niedługo przechodzę do działu programistów. Postanowiono również wysłać i mnie do stanów. Jeszcze przed Świętami musiałem wykupić bilety lotnicze. Sztuka polegała na tym, aby wykupić bilety na te same loty, które już wcześniej mieli zabukowane moi koledzy. No bo… no bo… ja jeszcze nigdy… ja jeszcze nie leciałem samolotem.
Udało się. Kolejna sprawa – wiza. W wyniku nieprzyjemnej rozmowy z panią na infolinii ambasady zostałem umówiony na wizytę w ambasadzie na 2 stycznia o godz. 8:30. No comments. W ambasadzie każdy pokornie podchodził do okienka i zostawiając odciski palców udowadniał werbalnie i pozawerbalnie, że nie jest terrorystą i nie zamierza zwiedzać stanów przez następne 25 lat. Logo amerykańskiej korporacji na zaproszeniu działa magicznie-automatycznie. Wiza na 10 lat ;)
W USA będziemy przez dwa tygodnie. Koledzy co chwila zmieniają plany
turystyczne – San Francisco, Las Vegas… Mi się to jeszcze do końca w pale nie mieści. Tak samo jak 15 godzin w samolocie i spora lista zamówionych zakupów. Jak przekonać, w razie czego, celnika w Gdańsku, że te trzy iPhone’y to ja przywiozłem na użytek osobisty? ;-)
Postaram się z całych sił swoich zdawać Wam relację z mojego pobytu w tym kraju seksu i biznesu oraz okraszać je pierwszorzędnymi fotografiami.

PS: Komentarz dannego przypomniał mi, że zapomniałem napisać, że bardzo lubię oglądać na kanale National Geografic program pt. „Katastrofy w przestworzach”. :/