gdyby ktoś komuś coś, to niby nic, ale zawsze

Wpisy z 2011 Marzec

Czasami rzeczy dzieją się same

Dla przykładu idąc dzisiaj ulicą Chlebnicką wstąpiliśmy na chwilę przy okazji do pana Marka Mazura. Coś tam kiedyś o nim czytałem, że robi ciekawe rzeczy i ma lokal na Chlebnickiej. W chwili gdy znaleźliśmy się w środku pustego pomieszczenie dopadła mnie amnezja wsteczna i nie pamiętając z czego słynie właściciel, jedyne co mogłem z siebie wykrztusić to coś jak „Więc to jest muzeum czy galeria?”. Gospodarz pośpieszył z wyjaśnieniem, że to nie jest ani galeria ani muzeum tylko ekspozycja jego prac, czyli miniaturowych aparatów fotograficznych. Surrealizmu sytuacji dodaje fakt, że eksponaty znajdują się obecnie gdzieś na Florydzie. Staliśmy więc w pustym pomieszczeniu i rozmawialiśmy z nieznajomym facetem o aparatach fotograficznych umieszczonych w zapalniczkach, pierścionkach i zegarkach. Ponieważ pan Marek jest konstruktorem jedynego w swoim rodzaju obiektywu wykonanego z drewna i bursztynu, Ania dostąpiła zaszczytu bycia sfotografowaną owym unikalnym obiektywem.

Przypominam, że stoimy w pustym pomieszczeniu i rozmawiamy z facetem konstruującym bursztynowe obiektywy i tradycyjne aparaty chowane w broszkach i wiecznych piórach. Z drugiego pomieszczenia wychodzi mężczyzna, którego twarz wydaje się znajoma. Zaczyna rozmawiać z nami o winach Beaujolais. Opowiada jak to pracował przed laty gdzieś w winiarni we Francji.

Jak wychodziliśmy Ania uświadomiła mi, że ten drugi mężczyzna to Michał Juszczakiewicz, aktor, znany bardziej jako prowadzący program „Od przedszkola do Opola”.

Po prostu rzeczy dzieją się czasami same.

PS Strona pana Marka Mazura – Retro Kamera.

Czarny łabądź

Wiadomo, film oskarowy, piękna Natalka w roli głównej, po prostu trzeba obejrzeć. Zazwyczaj staram się przed obejrzeniem filmu przeczytać o nim trochę recenzji, obejrzeć zwiastuny, popytać ludzi, którzy już dany film widzieli i co o nim sądzą. Recenzjami jak najbardziej się przejmuję, ale zazwyczaj im bardziej zniechęcająca recenzja tym bardziej podoba mi się film. Zachwyty nad ahtystycznym kinem Allena czy braci Cohen są mi obce. No po prostu mam swój prymitywny gust i już.

W przypadku filmu „Czarny łabędź” było inaczej. Wiedziałem mniej więcej o czym ten film jest, że balet, że baletnica i tajemnica. Nie czytałem recenzji, nie obejrzałem zwiastunów, nie pytałem ludzi.

Efekt? Re-we-la-cja. Dawno nie widziałem filmu, który sprawia, że z wrażenia czy z obrzydzenia czy po prostu z emocji wiercę się na fotelu. W zasadzie film jest o tyle wartościowy, że po jego obejrzeniu nie musisz już wydawać pieniędzy na bilet na balet „Jezioro łabędzie”. Dla mnie osobiście dochodzi dodatkowa potencjalna oszczędność, bo w przypadku narodzin córki nie grożą jej zajęcia z baletu. Krav maga przy balecie to pikuś.

Podsumowując, film polecam, baletu nie polecam, literówka w tytule postu celowa.