gdyby ktoś komuś coś, to niby nic, ale zawsze

Nie-dobre połączenie

Dwa lata temu lecieliśmy z chłopakami z Gdańska przez Frankfurt i Denver do Santa Ana. To było dobre połączenie, bo nasze biuro w Kalifornii jest dosłownie przez ulicę od lotniska w Santa Ana. Rok temu kolega wybrał lot z Frankfurtu do Los Angeles. Jedna przesiadka mniej a samochodem z Los Angeles to ok. godzina jazdy. Postanowiłem zrobić tak samo.
Okazało się jednak, że w momencie zamawiania biletów nie było już bezpośrednich lotów z Frankfurtu do Los Angeles. Poleciłem więc przez Houston. Nie dość, że lot dłuższy niż przez Denver to jeszcze ten dojazd.

Z Gdańska wyleciałem o 8:15. Pobudka o 4:15. Padał drobny śnieg i było -2°C. Po niecałych dwóch godzinach byłem we Frankfurcie. Duże międzynarodowe lotniska to prawdziwe Wieże Babel. Tabuny różnokolorowych ludzi mówiących różnobrzmiącymi językami. Angielski, niemiecki „verboten”, polski „k..wa”, francuski, hinduenglish, norweski?, rosyjski. To „verboten” usłyszałem od sprzątaczki, bo kupiłem kawę na wynos i przysiadłem się do stolika. No zbrodnia po prostu. No i te dziwne pytania obsługi przed wejściem na pokład samolotu do USA – „Czy tę torbę miał pan cały czas na oku?”, „Czy do tego laptopa tylko pan ma dostęp?”. „Because our country going through the difficult time.”

Z Frankfurtu odleciałem o 13:50. Lot trwał ponad 11 godzin. Trochę spałem, na tyle na ile pozwoliło płaczące dziecko. Trochę pogadałem z panią siedzącą obok, na tyle na ile pozwoliła mi moja znajomość angielskiego. Piwa się nie napiłem, bo linie Continental biorą $5 za butelkę. W Lufthansie jest za darmo. Continental ma za to plus u mnie za podejście do długonogiego pasażera – zaproponowali mi siedzenie, za którym i przed którym nikt nie siedział. Ogólnie mówiąc, tak długie loty nie są czymś przyjemnym.

W Houston była 18:15. Po 21 godzinach na nogach, stanąłem przed obliczem oficera imigracyjnego. Facet kończył właśnie zmianę i byłem jego ostatnim petentem. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że tym razem nie będzie problemu z wejściem na terytorium USA. Nie wyszedłem jeszcze na zewnątrz a już przeszedłem szok termiczny. W kolejce do kontroli bezpieczeństwa stali razem opaleni ludzie w szortach i klapkach i tacy jak ja – w kurtkach, polarach i szalikach.

Z Houston do Los Angeles miałem odlecieć o 20:55 ale odlot przesunięto o godzinę. W samolocie znowu płaczący dzieciak, ale po 25 godzinach bez snu nawet to nie przeszkadza. W Los Angeles wylądowałem po prawie 4 godzinach lotu grubo po 23:00 czasu lokalnego. Szczęśliwie bagaż też ze mną przyleciał i to nawet w dobrym stanie. Ania postanowiła mi zrobić niespodziankę i poupychała w walizkę mnóstwo batoników. Nawet nie wiedziałem, że poświadczam nieprawdę zaznaczając na deklaracji celnej, że nie przywożę większej ilości żywności.

W wypożyczalni samochodów dostałem Chevroleta Impala. Znany mi samochód z mojego pierwszego pobytu w stanach. Natomiast prowadzenie samochodu z automatyczną skrzynią biegów jest mi mniej znane. A jazda po amerykańskich highway’ach i street’ach już w ogóle. Na szczęście obie te mało mi znane rzeczy są bardzo proste. W hotelu zameldowałem się po 1:00 w nocy. Zadzwoniłem do Ani i rodziców. W Polsce była 9:00 rano. Po 30 godzinach z przyjemnością położyłem się do łóżka.

Skomentuj