gdyby ktoś komuś coś, to niby nic, ale zawsze

Już

Do domu wróciłem, w piecu napaliłem. Wystartowałem w piątek o 12:30, wylądowałem w sobotę o 20:00, czyli podróż trwała 22:30. Dziwne prawda? Dla mnie wciąż magiczne. Przez tą magię w niedzielę spałem do 17:00 a dziś rano do pracy obudziłem się po czwartej, co mi się zwyczajnie nie zdarza. Jak tylko przestawię się z powrotem na czas środkowoeuropejski, napiszę nieco więcej o mojej podróży. Powrzucam też parę zdjęć. Tylko muszę zmusić organizm, żeby nie zasypiał o 9:00 rano i budził się o 17:00.

Skomentuj