gdyby ktoś komuś coś, to niby nic, ale zawsze

Ciemniak

Ponad pół roku temu zacząłem fotografować metodą tradycyjną. Czarno-biała klisza, analogowy aparat, samodzielne wywoływanie filmu. Sprzęt podarowali mi dobrzy koledzy – Kuba i Piotr. Trochę rzeczy trzeba było dokupić. Pierwsze rezultaty mogliście zobaczyć tutaj.

Po tysiącach zdjęć pykniętych ot tak sobie cyfrówką, przesiadka na kliszę sprawiła, że ręka drżała mi przy każdym ujęciu. Tu nie ma karty o pojemności 300 zdjęć, z której kiepskie fotki można skasować jednym przyciskiem. Jest za to niewybaczająca klisza, 36 klatek, która na dodatek kosztuje.

Co mnie w tym fascynuje? Owa namacalność, o której napisałem w poprzednim poście. Robiąc tysiące cyfrowych zdjęć, trzymamy je przeważnie na dyskach komputerów lub płytach CD/DVD. Rzadko spotyka się osoby, które robią odbitki z cyfrowych zdjęć i trzymają je w albumach. Cyfrowe fotografie, tak naprawdę, fizycznie, nie istnieją.

Fotografowanie na kliszy to frajda. Samodzielne wywoływanie czarno-białych negatywów to mokra robota. Prawdziwa jazda zaczyna się przy odbitkach w ciemni ;-) Przedstawiam Wam foto-story o mojej ciemnej stronie fotografii.

2 komentarze Subskrybuj komentarze

  1. Anonymous 25 stycznia 2009 12:59

    joen.enke
    pamiętam zabawę z samodzielnym wywoływaniem zdjęć z czasów studenckich. Godziny (czasem było to nawet do 8 godzin kilka razy w tygodniu) spędzone w ciemni!!!Frajda niesamowita. Polecam…:)

  2. Anonymous 25 stycznia 2009 21:30

    no, Panie Jaro – zaimponiłeś mi …
    jestem pod wielkim wrażeniem …

    gratuluję pasji

    dyjka

Skomentuj