gdyby ktoś komuś coś, to niby nic, ale zawsze

The GAA – Part III – Hamburger

Tytuł polski:
Hamburger

Tytuł polski tłumaczony przez polskich tłumaczy tytułów filmowych:
Hamburg

Amerykanie jedzą. Czasami jedzą za dużo, czasami jedzą niezdrowo. Jedzą inaczej. To znaczy też mają usta, przełyk i żołądek. Chodzi mi o kulturę jedzenia i o tzw. kuchnię. Jest to tak znacząco różna kuchnia od naszej polsko-schabowo-ziemniaczanej kuchni, że postanowiłem poświęcić jej jeden z moich postów opowiadających o Ameryce jaką widziałem.

Podstawą żywienia w USA wydaje sie być kanapka. Przy czym nie jest to kanapka taka jak u nas – kromka chleba posmarowana masłem z wędliną, serem, ogórkiem, pomidorem lub dżemem. Tam kanapką nazywa się dwie dosyć grube kromki chleba tostowego z obfitą zawartością pomiędzy. Kanapką jest więc hamburger, bigmac i inne tego typu. Zawartość kanapki może też stanowić grillowany kurczak lub kilkanaście plasterków wędliny. Czasami jest tego tak dużo, że trzeba to spinać wykałaczką, żeby się nie rozleciało. Do kanapek jeszcze wrócę. Zacznijmy od śniadania.

Nie wiem, jak wygląda typowe amerykańskie śniadanie. W hotelu na śniadanie było do wyboru:

  • pieczone małe białe kiełbaski (ciut mniejsze od morlinek)
  • pieczone paski bekonu
  • jajecznica
  • gofry z sosem klonowym
  • małe naleśniki z serem
  • mleko z różnymi rodzajami płatków
  • owoce

Około godziny 12:00 rozpoczyna się pora lunchu. Wszyscy rozjeżdżają się po knajpkach. Ogólnie miejsc gdzie można zjeść jest na pęczki, ale w porze lunchu wszystkie są zatłoczone. Najpopularniejszą potrawą jest oczywiście kanapka. Równie często je się potrawy meksykańskie i ryby. Nie gardziliśmy fastfoodami oferującymi najtańszy asortyment.

Z obiadem i kolacją jest podobnie jak ze śniadaniem – nie wiem co i gdzie się je.

Podstawowym napojem w USA jest kawa. Zawsze występuje w dwóch odmianach – normalnej i bezkofeinowej. Wśród producentów monopol ma praktycznie Starbucks. Ich kawę parzy się w firmowych ekspresach jak i w nieskończonej ilości kawiarniach. Jeśli widzisz kogoś z jednorazowym kubkiem na ulicy na 90% jest to kubek z kawą ze Starbucksa.
Bardzo rzadko można natknąć się na herbatę. Ta o dziwo też może wystąpić w formie bezkofeinowej. Kawę posłodzimy cukrem lub kilkoma rodzajami słodzika. Bardzo spodobał mi się jeden, na którego opakowaniu napisane było „Zrobiony z cukru, smakuje jak cukier, nie zawiera cukru”.
Coca-Cola i Pepsi są wszędobylskie. Szkoda, że w Polsce niedostępny jest Dr. Pepper – ulubiony napój Forresta Gumpa. W pełni podzielam jego gust.
Wino. Kilka lat temu, na 50 urodziny dałem mojej mamie w prezencie bardzo dobre kalifornijskie wino. Okazja była nielicha, więc i pieniędzy wtedy nie pożałowałem. W Kalifornii kupiłem to samo wino w zwykłym markecie za pięć razy mniej. Podobnie kształtowały się ceny innych kalifornijskich win znanych u nas jak np. Sutter Home. Z kolei najdroższą wódką był nasz Chopin.
Piwo jest niespecjalne. Najczęściej występuje w postaci Light. Nawet Heineken smakuje gorzej.

Amerykanie lubią sobie zjeść. Po zjedzeniu posiłku zdarza się, że manifestują stan najedzenia głośnym „I’m full” po czym za moment pytają „What about dessert?”. Na ulicach spotyka się chorobliwie otyłych ludzi. Najczęściej są to kobiety spacerujące z batonem w ręku. Są to jednak wyjątki.

Od najpodlejszych jadłodajni takich jak McDonalds aż po hotelowe restauracje, obsługa składa się wyłącznie z Meksykanów. Jako że nasz angielski był średni a ich jeszcze bardziej średni, dochodziło czasami do nieporozumień a zamówienie zwykłego hamburgera było zadaniem nie lada trudnym.

PS Dla osób pragnących czytać teksty piękniejsze polecam felieton Katarzyny Nosowskiej z lutowego wydania świetnego babskiego pisma Zwierciadło. Do prawie każdego akapitu jej felietonu o podróży po zachodnim wybrzeżu USA mógłbym wkleić swoje zdjęcie.

3 komentarze Subskrybuj komentarze

  1. marioo 17 lutego 2008 17:29

    Podobno, bo osobiście jeszcze nie sprawdziłem, jeszcz gorszą kulturę szczególnie śniadań mają angole – typowe angielskie śniadanie to „wyczyn” dla człowieka z kontynentu o kaloryczności nie wspomnę.
    Nie wiem jak Dr Pepper mógł Ci smakować. Może żle trafilem ale podczas degustacji czułem w ustach płyn o smaku maści „ben gaya”, którą w Polsce uzywało się kiedys do leczenia urazów kończyn.
    W Usa (w moim przypadku wschodznie wybrzeże) podoba mi się że kawę (nie koniecznie starburks…) można kupić w każdym sporzywczaku i można ja wypić idąc ulicą lub jadąc metrem w kubku charakterystycznym dla danego regionu.
    W ogóle nie smakowały mi jogurty za to mleko – koniecznie z dodatkiem witaminy D – mogłem pić litrami. W Polsce tak nie mogę.
    Co do kultu kanapek to masz racje. Miałem okazję jeśc przy plazy hamburgera z miesem spalonym na wegiel bo mlody (meksykański :)) kuchaz niezle przyciskał tego kotleta lopatką do grila (az się dymiło) żeby szybciej oddac gotowa knapkę.
    Nie wiem jak u ciebie ale w NYC roiło sie od wózków z hotdogami. Takie pojawiaja sie juz w Polsce w centrach. Z Hotdogami jest znowu odwrotnie. W Polsce sa duże i bogato zdobione, zato amerykański standard to mała bułka zeby tylko utrzymała kiełbaskę, suszona cebula, ogórek ewentualnie kapusta kiszona – lub cos w tym stylu no i oczywiscie sosy.
    W usa rozmiar napojów jest sporo wiekszy- do 2L co przekłada sie na dostepne rozmaiary ubrań np XXXXXXL
    Smacznego…

  2. rzaba 17 lutego 2008 20:33

    Szukajcie, a znajdziecie…
    Tu.

  3. Jarek 18 lutego 2008 17:12

    Pierwsza partia zamówiona. Proszę sie zapisywać na degustację ;)

Skomentuj