gdyby ktoś komuś coś, to niby nic, ale zawsze

The GAA – Part I – Departure

Tytuł polski:
Odlot

Tytuł polski tłumaczony przez polskich tłumaczy tytułów filmowych:
Katastrofa wisi w powietrzu

Jak już pisałem wcześniej, wiele rzeczy i sytuacji było moim udziałem po raz pierwszy. Jak prawie każda wyprawa do USA, ta i ta zaczęła się od lotu samolotem. W zasadzie były to trzy loty.

Trasa: Gdańsk – Frankfurt
Czas: 8:15 – 10:05 (długość lotu: 1:50)
Samolot: Embraer 170 (LOT)

Startowaliśmy o 8:15. Jarek musiał wcześniej stawić się na odprawę bagażu, więc nadludzkim wysiłkiem wstał przed 6:00. Skutkiem tego było niewyspanie a skutkiem niewyspania było krótkie spięcie z pogranicznikiem przy odprawie paszportowej. Koleś zagiął mnie na pytaniu o miejsce urodzenia. Pomyliłem się ;) Za słabo mnie wyszkolili w Al Kaidzie w zakresie podawania fałszywych danych. Na szczęście straż graniczna nie miała w swojej bazie danych terrorysty o moim wyglądzie, więc puścili mnie.
Teraz kontrola bezpieczeństwa. Prześwietlenie bagażu i przejście boso przez bramkę do wykrywania metalu. Pan pogranicznik bardzo chciał obejrzeć mój aparat. Szczególnie interesowała go torba do aparatu. Ciekawe tylko, co interesowało strażnika za mną, który stał w mundurze polowym z dłonią na pistolecie w kaburze? Z trzech krajów, które odwiedziłem, z kontroli, które przeszedłem, wynika, że to Polska najbardziej obawia się terrorystów.

Po załadowaniu się do samolotu, stewardesa pokazała teatrzyk pt. „Jak zapiąć pasy, jak zakładać maskę tlenową i kamizelkę ratunkową”. Doprawdy krzepiące. Potem odezwał się kapitan, przywitał się, podziękował za wybór linii lotniczych LOT i życzył przyjemnego lotu. Po kolejnych dziesięciu minutach stania przy terminalu, kapitan znowu się odezwał i poinformował o usterce w komputerze nawigacyjnym i o konieczności zrestartowania systemu. Tym komunikatem byliśmy już naprawdę pokrzepieni, wręcz podnieceni czekającą nas podróżą.
Wbrew zapowiedziom dalszy lot przebiegł normalnie. Start, przyśpieszenie wciska cię w fotel, przy wznoszeniu i opadaniu zmieniające się ciśnienie zatyka ci uszy, miękkie lądowanie w Frankfurcie. Czas podróży ok. 2h. Akurat tyle, żeby się wznieść na wysokość przelotową ok. 10km, poczęstować pasażerów kawą i paluszkami i zejść do lądowania. Widoki z okna – chmury. Wybaczcie, że nie będzie żadnych zdjęć lotniczych.

Trasa: Frankfurt – Denver
Czas: 13:15 – 15:50 (długość lotu: 11:35)
Samolot: Airbus A340-600 (Lufthansa)

Lotnisko we Frankfurcie ogromne. Między terminalami jeździ bezobsługowa elektryczna kolejka. Kolejki do bramek długie jak wszędzie. Mnóstwo Hindusów. Niektórzy z nich spali gdzie popadnie. Wsiedliśmy na pokład samolotu. A340 to spory samolot. Układ siedzeń 2+4+2. Dostałem miejsce w środku, z dala od kolegów. Specyficzne dla tego samolotu są toalety umieszczone w pomieszczeniu pod pokładem głównym. Start trochę dłuższy niż w przypadku poprzedniego lotu z racji większego samolotu. Przez okienka było widać jak w pewnym momencie końcówki skrzydeł, obciążone olbrzymią ilość paliwa w zbiornikach, zaczęły się unosić. Pokrzepiający widok ;)
Co można robić w samolocie przez jedenaście godzin? Spać? Można, ale to żadne spanie. Mało miejsca, szczególnie dla takiego wyrośniętego pasażera jak ja. Hałas w rodzaju szumu wentylacji w samochodzie, tylko trochę głośniejszy. W pewnym momencie wnętrze samolotu wygląda jak mały kołchoz – każdy śpi jak mu wygodnie, w zadziwiających czasami pozycjach. Każdy ma do dyspozycji malutką poduszkę i koc. Nad umieszczonych pod sufitem ekranach na początek wyświetlono instrukcję bezpieczeństwa (z tym wyjątkiem, że zamiast stewardesy na filmie był animowany ludzik) potem dwa filmy – „Ratatouille” i „The Martian Child”. Co jakiś czas pokazywali mapkę z informacjami, jak daleko jeszcze mamy do celu, jak długo będziemy się jeszcze męczyć, jak szybko lecimy i z jakiej wysokości możemy spaść do Atlantyku w razie awarii.
Dostaliśmy dwa posiłki. W zasadzie mini-posiłki. Dobrze, że alkohol był za free. Po trzech piwkach i dżinie z tonikiem lata się przyjemniej.
W Denver byliśmy o 15:50. Wg naszego czasu 23:50. Przed nami odprawa paszportowa czyli immigration. Wszyscy pasażerowie jeszcze na pokładzie samolotu musieli wypełnić formularz wjazdowy do USA. Zielony dla bezwizowców i biały dla wizowców. Zapomnijcie o UE. Po kolorach formularzy ludzi stojących w kolejce do immigration można było poznać amerykański podział świata: zielone – Włosi, Niemcy, Francuzi; białe – Hindusi, Polacy i Rosjanie. Immigration officer nie był dla mnie miły. Bardzo ciekawy był po co tu przyleciałem oraz jak wygląda moje zaproszenie. Kolega powiedział od razu, że pracuje w GE i załatwili go w 10 sekund. Magiczne słowo ;) Jak tylko oficjalnie przekroczyliśmy granicę USA skierowaliśmy się na kolejny samolot.

Trasa: Denver – Santa Ana
Czas: 17:45 – 19:07 (długość lotu: 2:22)
Samolot: Boeing 757-200 (United Airlines)

Na początek kolejna kontrola bezpieczeństwa. Boso przez bramkę, kurtka, aparat i bagaż dostały trzeci już tego dnia darmowy rentgen. Moi koledzy natomiast zostali przepuszczeni przez maszynę do wykrywania materiałów wybuchowych. Ustrojstwo to produkowane przez naszą firmę wygląda jak dwie przeszklone i połączone budki telefoniczne. Wchodzi się do tego, maszyna dmucha na ciebie a potem „wącha” i sprawdza czy może nie przenosiłeś ostatnio w kieszeni dynamitu albo C4.
Trzeci lot tego samego dnia i w tym samym życiu nie robi już wrażenia ;) Samolot wyglądał w środku jak autobus. Trochę wytarta tapicerka i dywany, trochę wytarta farba na często dotykanych miejscach itp. Na pokładzie rodziny z dziećmi, mały poczęstunek. Taki typowy lot krajowy jakich wiele w stanach. Bardzo podobał mi się widok z okna na malejące poniżej światła wielkiego miasta. Przypomniała mi się gra „SimCity”, gdzie z góry było widać malutkie samochody poruszające się po ulicach. Po przelocie nad ciemnymi terenami gór Sierra Nevada oczom naszym ukazał się las. Zaraz, zaraz, nie las tylko morze. Dokładniej morze świateł. Pod nami świeciły do nas miasta na wschód od Los Angeles – San Bernardino, Riverside, Corona i nasz cel – John Wayne Airport w Santa Ana. Ciekawa była ostatnia faza lądowania, bo początek pasa zaczynał się zaraz przy autostradzie.
Pierwszy zapach Ameryki: jak u nas późnym latem. Ciepły kalifornijski wieczór. Wg naszego czasu 4:07 rano.

Z zadań wyznaczonych na ten dzień udało nam się już zrealizować następujące:
– przejść rygorystyczną odprawę i kontrolę w Gdańsku
– przeżyć loty
– odnaleźć prawidłowe brami na terminalach
– przekonać immigration officer’a że nie będziemy zwiedzać USA przez następne 10 lat

Pozostało nam wypożyczyć samochody i dojechać do hotelu. Ale o tym już w następnym odcinku.

6 komentarzy Subskrybuj komentarze

  1. Artur 28 stycznia 2008 10:30

    Poruszyły mnie Twoje przeżycia Jarku.
    Poza tym interesujące jest zakwalifikowanie nas do „białych” (Hindusi i Rosjanie)

  2. aniaz 28 stycznia 2008 19:23

    Welcome back my good friend:)It is really great to have you back.Jak czytam Twije historie to potrafie sobie dokłdnie to wszystko wyobrazić z racji moich doświadczeń za wielka wodą.czekam na więcej.Hugs and xxxx

  3. danny 28 stycznia 2008 21:33

    nu a gdzie zdjęcia, animacje zwiedzanych obiektów, plany sytuacyjne, wizje lokalne, autografy znanych gwiazd, uscisk ręki Johnyego Depp’a, skradzione ręczniki z hotelu …. wrzuc coś kolorowego :)

  4. Modelarz 28 stycznia 2008 23:37

    Welcome back. Czy Ty też czujesz, że i tak w Polsce jest najprzyjemniej?
    P.S. W Embraerze mogłeś być spokojny. Silniki robi Twoja korporacja. Krzepiące?

  5. elithib 28 stycznia 2008 23:38

    Bardzo pokrzepiający jest też opis co ciekawszych „wypadków” z udziałem Boeinga 757, który można znaleźć pod linkiem zamieszczonym przez szanownego autora :)

  6. Jarek 29 stycznia 2008 11:08

    Korporacja robi całkiem niezłe silniki. Te same silniki, które montują w Embraerach, wsadzają też do A-10 i S-3 Viking. Dla Modelarza będzie specjalna niespodzianka.

Skomentuj